Nie będzie niczego

Ostatnio coś chyba pisałem, że zakaz handlu w niedzielę jeszcze wszystkim, którzy mu przyklasnęli, wyjdzie bokiem. Dobra, mówiąc szczerze nie pamiętam nawet kiedy w ogóle cokolwiek ostatnio napisałem, ale kojarzy mi się niejasno, że chyba poruszyłem tę kwestię któregoś dnia. Chyba nawet coś mi się roiło w pustej głowie, że kasjerki w ogóle zostaną bez roboty, jak tylko się sklepy połapią, że lepiej i taniej będzie zainstalować kasy bezobsługowe wszędzie, obchodząc zakaz bo i obsługa takiego automatu de facto pracą w handlu w rozumieniu obostrzenia nie jest. I oto niedawno wieść poszła w świat, że w Poznaniu pierwszy taki sklep otworzono.
Póki co usługa jest testowana, o ile wiem, ale obstawiam, że prędzej niż później wejdzie w życie. Przy czym wiem też o istnieniu podobnych marketów w USA, gdzie zamiast kasy do skanowania kodów, produkty są chipowane i kupujący nie musi nawet podchodzić do skanera.  Wystarczy przejść przez bramkę, która potem automatycznie ściąga należność z konta. Szybkie, proste i wygodne.

Niebawem fach kasjera będzie niczym prawdziwy skarb. Nic tylko zakopać i zapomnieć.

Swoją drogą wiecie co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Zawsze kreatywna NSZZ Solidarność wyskoczyła ostatnio z pomysłem zakazu handlu także w soboty – znajdując przychylność ministerstwa pracy…

Nawiasem mówiąc, to czytając o owym sobotnim pomyśle, że tak go nazwę, musiałem się dwa razy upewnić, że nie czytam ASZ Dziennika. Cóż, rządzący i rządzić chcący nie pierwszy raz dobitnie udowadniają, że nie wiedzą na jakim świecie żyją. Rzecz jasna, również nie ostatni.

Niedzielna ekonomia

Oto nastąpiła apokalipsa zapowiadana od dawien dawna, znaczy odkąd wieszczyciele dobrych zmian zapowiedzieli wprowadzenia zakazu handlu w niedzielę. Szczerze mówiąc, to myślałem, że cała impreza została ustawiona przez klerykałów za namową Kościoła, któremu słupki spadają. Pewnie ktoś wykombinował, że jak market będzie zamknięty, to z nudów lud pójdzie się modlić. Inna sprawa, że sam widzę tu bardziej konspiracje ze strony samych marketów – patrząc jaki armagedon nastał w piątek, nawet nie chcę widzieć, co się musiało dziać w sklepach w sobotę. Sprzedaż cukru, makaronu, konserw i wszystkiego potrzebnego do przetrwania trzeciej wojny światowej musiała poszybować pod niebiosa. W końcu przez jeden dzień część sklepów będzie zamknięta.

Nie, żeby mi to robiło szczególną różnicę, i tak nie ruszam się do żadnych sklepów w weekendy. Bawi mnie, że grupa ludzi najbardziej cieszących się z wprowadzenia wolnych niedziel – grażyny z kas, które narzekały na “obowiązek” pracy w niedzielę, będą pierwszymi, które najbardziej odczują skutki na własnych tyłkach. Raz, że skoro nie potrafiły odmówić niedzielnych zmian, to pracy w sobotę do północy też nie będą umiały. Dwa, że coś mi się widzi, że ktoś wcześniej czy później wykombinuje, że ustawę da się obejść automatycznymi kasami. A kiedy się ludzie zorientują, że automaty wychodzą taniej od grażyn…

Swoją drogą widziałem ciekawy program pilotażowy niedawno. Gdzieś na zachodzie otworzyli market, gdzie wszystkie produkty zaczipowano tak, że wystarczy z nimi przejść przez bramkę, a opłata zostaje pobrana bezpośrednio z konta. Ciekawe, gdzie takie rozwiązanie najszybciej się upowszechni.

Epidemia

Dawno niczego nie pisałem. Zajęty własnym szczęściem i spokojem, zamknięty w bańce komfortu gdzie leje się wino, dymią krzaki, kobiety tańczą wokół i nawet w kuchni coś się gotuje, nie zauważyłem, że oto nadszedł grudzień. Pewnie nic by mojego spokoju nie zszargało gdyby w ciągu jednego dnia dwóch znajomych z biura (których z nazwisk nawet nie znam) nie wypadło ze swoimi genialnymi przemyśleniami na temat szczepionek.

“Rodzice mnie szczepili i teraz choruję.”
“Szczepionki powodują choroby, tylko higiena pomaga.”

Ożeż w mordę. Żeby było śmieszniej to prawie w tym samym czasie gadali o wspaniałej, lewoskrętnej witaminie C – a zaraz potem jak głupi potrafią być ludzie np. wierzący w płaską Ziemię…

Dla niezorientowanych – lewoskrętny izomer kwasu askorbinowego (witaminy C) jest nieaktywny biologicznie. Pierniczenie jaka to lewoskrętna witamina C jest turboniesamowita jest… ot, pierniczeniem właśnie – pierniczeniem szarlatanów żerujących na ludzkiej niewiedzy. Czy w zasadzie łatwowierności i bezkrytyczności. Choć to chyba synonimy.

Największą porażką naszych czasów jest to, że każdy mający przy sobie telefon może w pięć minut sprawdzić czy dana informacja może być prawdziwa czy też jest to zwykła bzdura, ale zamiast tego ludzie wolą oglądać śmieszne kotki umilając sobie czas na sraczu.

Kiedyś moje idealistyczne superego chciało zakazu szerzenia wszelkiego chłamu. Teraz czasem się zastanawiam czy by nie zainwestować w drukarkę do etykiet i zacząć sprzedawać cudownego leku na wszystko – dwuwodorku tlenu, homeopatycznie potencjonowanego na wszystko, z dodatkiem uwodnionej wersji (dla maksymalnego efektu) lewoskrętnego kwasu I-askorbinowego oraz zestaw prekursorów prawoskrętnych aminokwasów, trzymanego trzy księżyce w naczyniu z kryształu górskiego, oświęconego przez inkarnację samego Buddy i trzech wysokich kapłanów Zaratusztry. Nie wierzysz, że to wszystko prawda? To ONI pewnie cię przekupili!

Z drugiej strony – jak ktoś chce wyeliminować swoje geny z populacji to czemu by tym komuś przeszkadzać?

Najgłupsi nie przetrwają. Mam nadzieję.

Koledzy pana młodego podpalili hotel

Wiecie jaka jest definicja oksymoronu?
Informatyk na parkiecie.

Definicja absurdu?
Banda informatyków na parkiecie.

Ostateczny nonsens?
Fakt, że trzeźwy osąd rzeczywistości – a w szczególności siebie samego – przychodzi dopiero kiedy tańczysz narąbany jak messersmith, patrząc jednym okiem na jeszcze bardziej nawalonych kumpli z roboty, którzy już lecą na urwanym filmie. W przebłysku geniuszu dociera do ciebie, że wszystkie stereotypu o twoich kolegach po fachu są tak boleśnie prawdziwe, że nawet nie zdawałeś sobie z tego wcześniej sprawy. Co gorsza, prawdziwy jest też obraz siebie samego – ten najmniej przyjemny, gdzie jesteś po prostu kolejnym aspołecznym pajacem z przerostem ego.
Świadomość tego można wytrzymać tylko po pijaku, na trzeźwo by człowieka zabiło.

Najwyraźniejszy przykład takiego dysonansu między wspaniałym obrazem siebie samego a brutalną rzeczywistością to chyba ludzie pokroju panny Peszek. Każdy ma takich znajomych, którzy na hasło Polska dostają wysypki i z miejsca zaczynają narzekać jakie to wszystko tutaj jest nie halo, jacy ludzie beznadziejni i jak bardzo nic się tu nie da – nie to co w normalnych krajach. To się nie uda, tamto spartaczą. Wszyscy wokół tak bardzo się mylą i tylko oni sami i ewentualnie ich ulubiona partia mają rację. Rację, całą rację i tylko rację.

Natknąłem się jakiś czas temu na badania nad postrzeganiem świata w zależności od języka, jakim posługuje się dany człowiek. Ciekawe kwiatki wychodziły. Na przykład jakieś plemię nie miało odrębnego określenia na któryś kolor – i na testach wychodziło, że faktycznie nawet go nie odróżniają od innych. Najbardziej skrajny przykład.

Istnieje też sporo wyliczeń do czego jaki język się najlepiej nadaje, np. turecki dobrze sprawdza się w matematyce dzięki swojej precyzyjności, języki romańskie katalizują kreatywność, słowiańskie kładą nacisk na empatię itd.  – wychodzi, że ojczysty język w każdego na starcie już wdrukował określony sposób patrzenia na świat.

Wszystko to do kupy daje taki  śmieszny efekt, że im bardziej ktoś psioczy na polską mentalność, tym większe prawdopodobieństwo, że sam boleśnie wpisuje się stereotyp polskiego malkontenta.

Trumpki

Wiecie o co chodzi w tych wszystkich protestach przeciwko Trumpowie?
Ja też nie.

Niemniej nie mogę się oprzeć wrażeniu, że na swój sposób przypominają danie Obamie Nobla na dzień dobry – z góry, cholera wie za co – oraz, jak pokazała przyszłość,  niezasłużenie.

Przy okazji wychodzi ciekawa cecha demokratów. Bądź lewicy, jakkolwiek nazywanie amerykańskich demokratów lewicą jest dość śliskim posunięciem… w każdym razie wychodzi na jaw to, co już kilka razy zauważyłem – ludzie, którzy najwięcej mówią o równości, tolerancji i wolności słowa sami są najmniej skłonni dać którekolwiek ludziom, którzy się z nimi nie zgadzają.

Tak czy inaczej zdaje się, że demokracja działa tylko tak długo, jak dostajemy wyniki, które nas satysfakcjonują. Jakikolwiek inny wynik to jawny zamach na nią. Aż mi się KOD przypomniał.

Swoją drogą widzę tu dowód, że bogowie nie istnieją. Gdyby istnieli nie pozostaliby obojętni na tak nagminne łamanie prawa Godwina. Tymczasem lud bezczelnie podnosi argumenty ad Hitlerum i wszystko jest w porządku.

Od pierwszego wejrzenia

Zapałaliście kiedyś do kogoś czystą, bezwarunkową, nieskażoną żadnymi innymi uczuciami nienawiścią? Zobaczyliście kiedyś czyjąś twarz i w tym samym momencie zapragnęliście nią wytrzeć podłogę? Bez żadnej przyczyny, nawet nie musząc słyszeć choćby słowa z ust obiektu wszelkiej awersji, jaką w sobie nosiliście, zechcieliście utopić ten absolutnie wkurwiający grymas w jego własnej krwi?

Mnie takie antyobjawienie spotkało na domówce z okazji nadchodzącej niedzieli. Czy tam nowego roku, jeden bies. Spotkałem człowieka, którego przez cały wieczór obserwowałem, czekając na choćby najmniejszy błąd z jego strony – złapanie jakiejś dziewczyny za tyłek, jedno nieprzemyślane słowo, cokolwiek bylebym mógł rozsmarować kurdupla na ścianie. Miesiące na siłowni w końcu by się objawiły krwią i wrażymi zębami wbitymi w parkiet. Swoją drogą już wiem dlaczego dresiarze nie robią brzucha. Brzuchem nikomu nie zajebiesz.

Na marginesie – moja siostra definitywnie jest moją siostrą, bo i ona zapałała szczerą awersją (jak patrzę na dysproporcje w naszym poziomie intelektualnym to się czasem zastanawiam czy to możliwe, żeby natura wszystko dała jej – czy po prostu mnie podmieniono w szpitalu). Wprawdzie przez większą część imprezy młoda doskonale ukrywała nienawiść – gdybym nie znał dziewczyny od dwudziestu sześciu lat mogłyby mi umknąć delikatne ruchy skrzydełek nosa świadczące o ostatkiem sił skrywanej żądzy krwi – niemniej siostrze w końcu puściły nerwy albowiem mojej śnieżynce kruszynce włącza się niezły agresor po paru głębszych. W sumie nie ma nic słodszego niż młodsza siostrzyczka startująca w środku nocy z mordą do przechadzających się nieopodal dresów. Wspomnień czar.

Abstrahując od tematu – obserwowanie ludzi narąbanych jak messerschmitty stanowi doskonałe studium ludzkiego psyche. Miłość i nienawiść, żądza i obrzydzenie, empatia i chęć okrutnego mordu, górnolotne marzenia i załamanie wyższych ideałów pod naporem najniższych potrzeb. Cóż za wspaniała katastrofa. A wystarczy, że jeden nieprzytomny ziomek zamknie się w kiblu blokując wstęp reszcie towarzystwa.

Kończąc – życzę wszystkim cobyśmy nie byli w tym roku nie tak głupi jak w ubiegłym. Wszystkim – za wyjątkiem niezidentyfikowanych osób, które przywłaszczyły sobie moje mienie psychoaktywne. Dla ludzi kradnących cudze narkotyki jest specjalne miejsce w piekle.

PS. Ciekawe ile osób chętnie by mnie ukrzyżowało – ot tak.

Dorosłość

Umówiłem się ostatnio z koleżanką na herbatę. Z moją byłą, gwoli ścisłości. Tak, kumpluję się ze swomi ex. No, z dwiema… reszta nie przebierałaby w słowach gdyby je spytać o zdanie na mój temat. W każdym razie z właściwą sobie wrażliwością i taktem stwierdziłem na dzień dobry, że wygląda na mocno styraną – oczywiście od razu się poprawiłem, że miałem na myśli iż kwitnąco jak zawsze. Popatrzyła na mnie chwilę i stwierdziła, że nic się nie zmieniłem. Znaczy od prawie pięciu lat wciąż mam ten sam błyskotliwy dowcip.

Dzisiaj miałem nieco czasu w busie wracając z imprezy firmowej – więc z nudów i nieznośnej trzeźwości tylko trochę zakrapianej wódką (i tabasco… dużo tabasco) nieco przemyślałem temat ogólnego rozwoju z czasem i doszedłem do wniosku, że ludzie ani się nie zmieniają, ani tym bardziej nie dorastają – cokolwiek miałoby to ostatnie znaczyć.

Nie wydawało się wam kiedyś, że za dziesięć, piętnaście lat będziecie dojrzali, dorośli, odpowiedzialni i bogowie wiedzą co jeszcze? A co się zmieniło? Tak szczerze?

Mam ponad trzydzieści lat – powinienem już szukać sobie jakiejś ładnej wierzby, pod którą mógłbym niebawem złożyć kości. Teoretycznie więc powinienem być też jakiś taki… no właśnie. Dorosły? Takiego wała. Próbowałem w sobie dostrzec jakieś różnice jakościowe względem tego śmiesznego gryzipiórka z pierwszej liceum, ale wiele nie znalazłem. Może poza brodą.

Ludzie mogę się uczyć nowych rzeczy. Uczyć się trzymać język za zębami bądź pyskować kiedy trzeba. Mogą nauczyć się jak dać komuś po ryju albo jak zawiązać sznurówkę, krawat czy węzeł marynarski (jeden kij), ale czy przez to się zmieniają? Szczerze wątpię.

Taka sytuacja: przychodzi audyt do mojej firmy. Większość ludzi powyżej trzydziestki, w tym wszyscy kierownicy. Audytorzy coś wynajdują a ci wszyscy ludzie zaczynają się przerzucać piłeczką kto bardziej schrzanił. Dorośli ludzie, specjaliści opłacani często kasą jakiej przeciętny człowiek nie zobaczy, największa chrzaniona korporacja informatyczna na planecie, miliardowe kontrakty, światowe sieci powiązań i infrastruktury rozbudowane, że głowa mała. Piaskownica i przedszkole. Korporacyjna mantra: to nie moja działka, to nie moja wina. To nie my, to oni. Wcale, że nie my, to tamci. A nie bo jeszcze inni. A w ogóle to proces trzeba poprawić. O żesz ku… włoski. No kurwa.

Jasne, wiele rzeczy się zmienia od czasów żłobka. Zabawki zmieniają gabaryty,tak samo zresztą jak spodnie – co jest szczególnie widoczne u facetów, którzy generalnie rozwijają się tak do piętnastego roku życia, potem już tylko rosną. Zamiast grzechotkami ludzie zaczynają się interesować genitaliami płci przeciwnej, zamiast udawać pijanych po dwóch piwach starają się wyglądać na absolutnie trzeźwych po dwóch setkach. Co gorsza – wódka faktycznie z czasem przestaje smakować.

Koniec końców trzeba też samemu zacząć płacić rachunki – do tego nie ma na kogo zwalić winy za wszystko co zepsuliśmy. Choć niektórzy ludzie akurat z tym ostatnim świetnie sobie radzą jak się posłucha ile to złego szatan spowodował. Jak jeszcze pokombinować to nawet można na tym zarobić.

Na szczęście idzie Nowy Rok i można będzie znów postawić grubą kreskę ponad wszystkim i zacząć z sumieniem czystym i nieskalanym jak niemowlak.

 

Wszyscy byliśmy kobietami

Na szczęście nie wszyscy nimi pozostaliśmy. Byłoby nudno.

Dawno już nic nie wrzucałem na bloga. W sumie nawet nie powinienem. Trochę więcej czasu zacząłem spędzać przy bardziej ambitnych rzeczach. Zasadniczo teraz też powinienem zająć się czymś konstruktywnym – więc jednak coś tu napiszę. Taki system odciągania własnej uwagi: większość ludzi sprząta, zamiast zająć się czymś produktywnym. Ja bloguję, kiedy nie chce mi się nawet sprzątać. Ale do tematu.

Jak tak przeglądam swoje wypociny to chyba nie pisałem nic o stosunkach damsko-męskich. Łapiecie, stosunkach. Dobra, nieważne. Niemniej aż się dziwię, że dopiero teraz się za to złapałem, ostatecznie to najbardziej chodliwy temat, jaki kiedykolwiek poruszono… i nad którym ludzkość pastwić się nie przestanie, póki ludzkością pozostanie.

Wiedzieliście, że z biologicznego punktu widzenia faceci są po prostu uproszczoną wersją kobiet?  Wszystkie zarodki zaczynają jako “kobiety”, potem dopiero połowie płodów zaczyna uderzać do miniłba testosteron. Skomplikowaną budowę (w szczególności układ rozrodczy) zastępują zwały mięśni, empatyczny mózg ze sporą ilością neuronów lustrzanych upraszcza się do bardziej łopatologicznego systemu sterowania. Mózg faceta w zasadzie działa binarnie – dana zmienna może przyjąć wartość zero albo jeden. Facet jest albo zadowolony, albo nie. Dana baba mu się podoba albo nie. Facet czegoś chce albo nie chce. Albo ma ochotę na seksu albo nie. Jest głodny albo nie jest. No dobra, tu jest przekłamanie – mężczyzna jest albo napalony, albo głodny.

Był jeden facet, który genialnie tłumaczył różnice w funkcjonowaniu umysłów obu płci, wszystkim polecam. W dużym skrócie chłopaki widzą świat jako zestaw osobnych pojęć, z których każde funkcjonuje w osobnym wymiarze. Tu jest samochód, tam jest praca, tam wczorajsza impreza, jeszcze gdzie indziej niedomykające się drzwi lodówki. Autor opisał mózg jako zestaw osobnych pudełeczek, każdy mieszczący inną rzecz. Poza jednym pudełkiem, w którym nie ma nic (i które jest ulubionym pudełkiem każdego faceta).

Dla odmiany mózg kobiety to jedno wielkie kłębowisko kabli, gdzie wszystko łączy się ze wszystkim. Dziewczyna nie widzi czerni bądź bieli a jedynie odcienie szarości, w której miesza się absolutnie wszystko, z czym miała do czynienia. W zasadzie to jestem głodna, ale pizza jest zbyt tucząca i w sumie to może pójdzie w cycki, ale ten nowy stanik z absolutnie genialną koronką jest już teraz trochę za ciasny i nie wiem, czy znajdę drugi taki, więc może nie spodoba się facetowi, który mnie olewa (mnie?!) …zresztą co za bo to baran, tak samo jak współlokator, który nie myje po sobie naczyń; kurde, przecież ręczniki się kończą i trzeba iść do sklepu, przy okazji trzeba kupić preparat na mole, które przecież zaraz zeżrą kurtkę a zima ma być wyjątkowo mroźna, zupełnie jak lody truskawkowe z tamtej kawiarni, chociaż samych truskawek nie cierpię, nawet pomimo, że są takie pysznie czerwone jak tamten autobus… zaraz, cholera, to mój!

Na moje – większość problemów w komunikacji wynika z faktu, że kobiety nie są w stanie ogarnąć, że dla faceta coś może być banalnie proste. On na pewno ma coś głębszego na myśli, coś kombinuje tam pod sufitem, coś pewnie jeszcze chciał powiedzieć mówiąc, żebym zabrała mu te kwiatki sprzed nosa, bo mu widok zasłaniają. Taka ilość metafor w jednym zdaniu(!), podstępny sukinsyn, czego on może chcieć?

Skutek tego taki, że faceci są bardziej odporni na stres (niewypał tu nie wadzi tam), szybciej podejmują decyzje i są bardziej zdystansowani. Z drugiej strony nie są dobrzy w prowadzeniu gierek. O ile w ogóle ogarną, że jakaś gra się już toczy. Jak to kiedyś znajoma skomentowała męża swojej przyjaciółki: “facet jest już tak wytresowany, że nawet o tym nie wie.”

Koniec końców kobiety w sytuacji konfliktowej wolą trzymać jako taki kompromis (prowadząc cichą wojnę podjazdową), natomiast faceci, przywykli szarżować na wroga z podniesioną przyłbicą, idą na kompromis dopiero widząc, że ciężko będzie orzec która mokra plama zwyciężyła starcie.

Nawiązując jeszcze do skeczu – autor sporo mówi o czymś, co nazywa nothing box. Pudełko, w którym nic nie ma. Ulubione miejsce faceta. Ile widzieliście w życiu wędkujących kobiet? A dlaczego tak mało? (jeżeli w ogóle) Ano dlatego, że tylko facet potrafi bezwiednie popaść w stan medytacji i nie myśleć absolutnie o niczym – gapiąc się np. na kij. Albo ścianę. Dla kobiet, które nawet podczas seksu zastanawiają się, czy pingwiny mają kolana (bądź skupiają się żeby się nie spierdzieć) taki stan jest nie do pomyślenia.

Facet mógłbym przeżyć całe życie popijając piwo, gapiąc się na cycki i dłubiąc przy czymś mniej lub bardziej bezmyślnie. Natomiast kobieta zawsze o czymś rozkminia – a jak nie ma żadnych problemów to sama je sobie tworzy. Ot, coby się nie nudzić. Nigdy.

Chyba wypadałoby jakoś podsumować tekst. Może tak: dziewczyny – kiedy facet mówi tak, to znaczy tak. Nie znaczy nie. I nie ma nic ponadto. Serio. Zrób mu kanapkę i dobrze a osiągnie nirwanę. Tak, to takie proste.
Chłopaki – nie wierzcie nikomu, kto krwawi przez tydzień i nie umiera. One nawet sobie nie ufają.

Gospodarka, głupcze!

Aborcja w radiu, aborcja w telewizji, aborcja na kwejkach, aborcja wszędzie. Boję się robić jajecznicę.

Nie żebym popierał poronione pomysły (czujecie? poronione… dobra, nieważne), ale cała sprawa z awanturą ma drugie dno. Czy może inaczej – prawdziwa awantura powinna się rozpętać gdzie indziej, mianowicie wokół cichaczem przepychanej CETA, czyli młodsza kuzynka TTIP czy wcześniejszej ACTA – tę już wszyscy powinni kojarzyć. Generalnie umowa pisana pod korporacje, która może mieć opłakane skutki dla gospodarki.

Nie umniejszając wagi ewentualnego zaostrzenia (i tak już ostrej, moim skromnym zdaniem) ustawy (anty)aborcyjnej, ta sprawa jest jedynie zasłoną dymną. CETA jest tak skonstruowana, że jej wprowadzenie nie wymaga ratyfikacji przez parlament żadnego kraju, wystarczy, że rząd podpisze papier i klamka zapadnie. I tak się składa, że rząd właśnie przepchnął tymczasowe stosowanie CETA.

Ale wszędzie mowa tylko o aborcji. Poza Kukizem nikt się w parlamencie nawet o umowie nie zająknie. Oczywiście z zaostrzenia ustawy aborcyjnej nic nie wyjdzie koniec końców, rządny igrzysk lud wyjdzie z podniesioną głową uznając własny tryumf nad zepsutym rządem. Przekonani o własnej wspałaniałości nawet nie pomyślą, że za zasłoną szefowie korporacji bądą opijać zwycięstwo. Już nawet wazeliny nie będą potrzebować.

I tak oto wszyscy zostaniemy wyruchani, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Brawo, Narodzie polski.

JP na 100%

Nękali was kiedyś marketingowcy telefonami? Ale tak naprawdę ostro?

Ostatnio Play do mnie próbowało się dodzwonić. Kilkadziesiąt razy. Najbardziej natarczywi byli przez trzy dni na przełomie lipca i sierpnia. Pierwszego dnia parę telefonów, drugiego kilkanaście już, trzeciego ponad dwadzieścia. Dopiero po tej kumulacji dali sobie spokój. Niechaj błogosławieni będą ludzie, którzy wymyślili czarne listy kontaktów telefonicznych. Oraz niechaj po trzykroć przeklęte będzie Play z ich automatycznym ponawianiem połączenia co kilkanaście minut.

Dla jaj raz odebrałem nawet – mając nadzieję, że jakaś pani o anielskim głosie i cierpliwości osła będzie chciała mi coś opchnąć, zabawię się starając się jej w odwecie wcisnąć helikopter z niewielkim przebiegiem. Z tego jednak też nici albowiem zamiast człowieka sprzedawcy przywitała mnie melodyjka każąca czekać na słuchawkowego… szczyt chamstwa i bezczelności.

Cóż, gdyby wszyscy przykładali się tak do pracy jak Play do wkurzania ludzi to już dawno byśmy zakładali kolonie po całej galaktyce. Andromedy.

Zastanawiam się czemu duże firmy pozwalają sobie na takie jazdy – przecież każdy człowiek ogarnięty choćby trochę bardziej niż mielonka zdaje sobie sprawę, że wkurwiając potencjalnego klienta niczego się nie wskóra. Może jeszcze nachalna reklama ma jakiś sens (z marketingowego punktu widzenia) – jak się dwieście razy dziennie słyszy tę pierniczoną piosenkę Lisowskiej to automatycznie się rzuci na mózg wiadomy market kiedy przyjdzie kupić coś elektronicznego. Ale nękanie człowieka telefonami? Gdzie tu sens, gdzie tu logika? Albo choćby krztyna człowieczeństwa…

Czy ktoś potrafi mi to wytłumaczyć? Swoją drogą – ma ktoś doświadczenie z pozwani cywilnymi za nękanie?