Wszystkie wpisy, których autorem jest Mały Brat

Jestem szczęśliwym człowiekiem, którego mało najczęściej obchodzi – niemniej kiedy już coś dotrze do mojego rycerskiego łba (zakutego, znaczy) zaczyna się to wiercić w głowie burząc spokój mojego ducha. Stwierdziwszy, że istnieją lepsze sposoby wyzbycia się krążących pod sufitem myśli niż walenie głową w mur postanowiłem moje mniej lub jeszcze mniej błyskotliwe przemyślenia wyrzucać z siebie w formie tekstowej.

Desant

Imigranci, azylanci, migranci, uchodźcy. Wszędzie i na okrągło. Otwieram losowy portal – imigranci. Zaglądam na kwejki – imigranci. Przysłuchuję się rozmowie kole… pardon, znajomych z pracy – też imigranci. Boję się otwierać konserw.

Przy takim natężeniu tematu musiałbym być sadystą żeby dołączać się do chóru. Ale jak wszyscy wiecie – jestem sadystą – więc dorzucę swoje trzy grosze.

Pierwsza sprawa – media bardzo lubią używać określenia “uchodźcy”, czasem zamieniając je na “azylanci”. Słyszałem nawet głosy domagające się by zaprzestać nazywania rzeczonych nielegalnymi imigrantami. Bo to stygmatyzuje i poczują się obrażani. W sumie bezpodstawnie – chłopaki i tak nie znają żadnego europejskiego języka więc nie mogą się obrazić skoro nie wiedzą czy ich ktoś wyzywa czy prawi komplementy – tak jak to na granicy austriackiej było kiedy tubylcy wyraźnie przez megafony oznajmiali barwnemu tłumowi, że może iść dalej – niestety nikt tam nie rozumiał języka germańskich żywicieli więc przybysze dalej robili rozróbę wywarzając otwarte drzwi.

Uchodźcy – wszędzie i zawsze – to głównie kobiety i dzieci, trochę starców, a jeśli są wśród nich młodzi mężczyźni to najczęściej są ojcami. Tymczasem to co się wlewa do Europy w żaden sposób do schematu nie pasuje. Jak podaje Eurostat młodzi mężczyźni stanowią 85% migrantów. Wychodzi więc na to, że prawdziwi uchodźcy zostali w Turcji i najbliższej swojej okolicy, gdzie znaleźli schronienie. O ile w ogóle nie zostały porzucone w Syrii, rzecz jasna. Brzydka prawda jest taka, że rozróbę na Węgrzech robią migranci ekonomiczni….

…o ile tak się da nazwać ludzi, którzy chcą po prostu dostawać kasę za to, że są. Tak się składa, że np. w Brytanii ponad połowa muzułmanów jest bez pracy a we Francji całe dzielnice miast są zamienione w getta, w których szaleje bezrobocie. I tutaj mowa o ludziach generalnie znających język kraju, w którym żyją – często już drugie pokolenie. Imigranci przedzierający się przez Bałkany nawet tej kompetencji nie posiadają – za to mają spore oczekiwania względem tego co im się należy. Kanapki w koszu i darowane jedzenia wyrzucane na tory nieźle obrazują wysokość oczekiwań.

Tak tak, już słyszę, że to propaganda prawaków, faszystów i temu podobne. I tak – na pewno ekstrapolowanie opinii na całą falę jest niesprawiedliwe. Ale jest mały szkopuł – akurat te nieładne obrazy nie mogą zostać posądzone o fałsz – debatować można jedynie nad rozmiarem zjawiska. Po drugiej stronie media pokazują natomiast biedne kobiety i dzieci z zapłakanymi oczami. Oraz mężczyzn, z którymi dziwnym trafem akurat da się dogadać. Jak już wspomniałem – 85% imigrantów to faceci w wieku poborowym – co za tym idzie reportaż pokazujący o wiele bardziej wyrównane proporcje może budzić pewną dozę nieufności… a jak jeszcze reporterka swobodnie rozmawia po angielsku z imigrantami to już zupełnie można się utwierdzić w przekonaniu, że ktoś tu kogoś robi w bambuko. I bynajmniej nie amatorzy wrzucający do sieci filmy typu “właśnie przechodziłem koło głośnej wycieczki i nie było to przyjemne”.

Znamienne, że nawet ludzie, których ciężko byłoby posądzić o nietolerancję nabierają nagle sporej rezerwy (delikatnie ujmując) do migrantów po bezpośrednim spotkaniu z owymi. Tekst tęczowego turysty opisującego przygody na granicy austriackiej znają chyba wszyscy więc nawet nie będę cytował. W wielkim skrócie: chłopak myślał, że migranci to biedni ludzie warci empatii a wyszło, że zjawisko ociera się raczej o zoologię niż kwestie humanitarne. Przy okazji – z imigrantami jest chyba trochę jak z Rosją – Matuszka jest tym fajniejsza im dalej od ankietowanego leży. Stąd też łatwo manipulować ludźmi o dobrym sercu, którzy zwyczajnie nie wierzą, że całe masy ludzi mogą być tak zbydlęcone. Wychowani w ciepłym, dostatnim, bezpiecznym otoczeniu hodują w sobie przeświadczenia, że ludzie wszędzie są dobrzy i mili. A potem mamy takie kwiatki jak lewicowe działaczki pomagające jak mogą a w nagrodę będące potem brutalnie gwałcone i mordowane. Dogmatyzm widać nie jest domeną tylko religii.

Jeszcze wracając do dzieci na pierwszym planie. Dziś się przewinęło przez net zdjęcie hien dziennikarskich układających ciało na plaży tak żeby kadr wyglądał bardziej dramatycznie. I to chyba jest najlepsze streszczenie działalności mediów – żerowanie na jednostkowych tragediach i przedstawianie ich jako losu tysięcy. Czysta definicja propagandy.

Mały nie żyje – fakt. Tylko dlaczego i z czyjej winy? Zapewne niedostateczna pomoc okazywana imigrantom zapewne jest główną przyczyną. Cóż… śmiem zaprzeczyć takiej tezie. Dlaczego rodzice emigrowali? Bo wojna, wiem. Jaka wojna? Domowa. A dlaczego nie zostali w bezpiecznym miejscu (tj. w Turcji) tylko pchali się do Europy przez morze? Bo ktoś im wmówił, że tutaj będzie raj na ziemi – tak samo jak wszystkim imigrantom, zdaje się. Wg mnie wina rozkłada się na rodziców (czy raczej ojca bo islamskie kobiety wiele do gadania nie mają) oraz na propagandę, która przedstawia Niemcy jako kraj mlekiem i miodem płynący. Kraj, do którego trzeba płynąć bez względu na wszystko.

Najgorsze jest to, że takich dzieci będzie więcej skoro Europa praktycznie bez przeszkód przyjmuje imigrantów. Będzie ich tylko coraz więcej. Stąd też beznadzieja pomysłu lokowania przybyszów po wszystkich krajach Europy. Pomijając kwestię zamachu na suwerenność to taka akcja jest niczym innym jak gaszenia ognia benzyną. A przypominam, że idzie zima – coś, czego w Syrii nie znają. To dopiero będzie katastrofa humanitarna. Mogę tylko pogratulować wyobraźni wszystkim wspierającym ten marsz.

Co do samej kwestii przyjmowania przez Polskę “uchodźców”, którzy i tak zwieją przy pierwszej okazji do Niemiec – sam fakt, że ⅔ Polaków jest przeciwnych akcji powinien uciąć zakusy polityków. Jeżeli ktoś chce pomagać imigrantom to droga wolna – niech im pomagają. Na własną rękę. Nikt nikomu nie broni się zorganizować i zrobić zbiórkę, zaprosić ludzi do ośrodków opłaconych przez wolontariuszy czy nawet pod własny dach – rzecz jasna utrzymywać ich później ze swoich pieniędzy. Od moich podatków niech się wszyscy odwalą, dość ich już jest marnotrawionych przez post-peerelowski aparat państwowy. Jestem bez serca? Być może, ale obawiam się, że mam zbyt dużo racjonalnych podstaw do takiego nastawiania. Całkowicie pomijam sam fakt, że zwyczajnie nie mam obowiązku się nikomu spowiadać dlaczego nie chcę zgrywać bohatera we własnym domu.

Zwolennicy przyjmowania imigrantów podnoszą kilka kwestii. Pierwszą jest odpowiedzialność i solidarność europejska. Solidarność z miejsca można wyśmiać przytaczając choćby jak bardzo solidarna z nami była Bruksela w kwestii rosyjskich sankcji. “Solidarność” to w ogóle fajny wytrych kiedy trzeba wyrzucić tyle gówna od siebie ile tylko się da. Kiedy owa solidarność nakazywałaby rozrzuć trochę czyjegoś nawozu we własnym ogródku to nagle okazuje się, że każdy sobie rzepkę skrobie.

Odpowiedzialność Polski też jest wyssana z palca. Przypominam, że fala migrantów pochodzi z syryjskiej wojny domowej, w której Polska nie maczała palców – oraz ze zdestabilizowanej Libii, w kierunku której też palcem nie kiwnęliśmy. Kadafi zresztą ostrzegał, że w razie upadku jego reżimu taka inwazja będzie miała miejsce. No ale – Sarkozy za dużo kasy mu wisiał żeby ot tak po prostu oddać skoro mógł się pozbyć wierzyciela. Wystarczyło poopowiadać trochę o wspieraniu Libijczyków walczących do ostatniej kropli krwi za miłość, wolność i pokój – i bach – mamy trupa w kanale. Cały nieludzki reżim w pizdu i dług też w pizdu. Z burdelem niech sobie radzą ci śmieszni, biedni ludzie.

Dobrzy ludzie podnoszą też często, że winniśmy się odwdzięczyć za pomocą, jaką Iran okazał polskim uchodźcom podczas drugiej wojny światowej (uchodźcom prawdziwym – jeden mężczyzna na trzy kobiety i dzieci) a wszystkich, którzy kręcą nosem nazywają ignorantami. Otóż na ignorantów wychodzą właśnie tacy zbawcy świata. Raz, że wśród migrantów zwyczajnie nie ma Persów, dwa, że Iran nie pomógł z własnej woli – był wtedy brytyjskim protektoratem a Polacy znaleźli się tam na mocy umowy polsko-angielsko-rosyjskiej. Za pomoc zapłacił zresztą polski rząd. Dziękuję za uwagę, tyle w tej kwestii, zamykam wątek.

Oczywiście naczelnym argumentem jest to, że możemy się odwracać plecami od ludzkiej tragedii. Otóż możemy bo to nie tragedia tylko emigracja ekonomiczna – i nic innego. Tragedie są generowane dopiero po drodze – a jeszcze większe będą się działy w przyszłości. W najbliższej – kiedy zrobi się zimno. Znacznie większe będą miały miejsce znacznie później – kiedy migranci już osiądą w upragnionych Niemczech i okaże się, że zamiast obiecywanego koksu, dziwek i dolarów są chuj, dupa i kamieni kupa. Zasiłki nie takie wysokie, pracodawcy nie tacy skorzy do zatrudniania kiszących się we własnym sosie migrantów a z luźmi na miejscu i tak nie idzie się dogadać. Jakby tego było mało to jeszcze wszyscy dookoła obrażają Allaha na każdym kroku – od bezczelnie jedzonych kanapek z szynką, przez parady równości po kobiety ubierające się jak dziwki – do tego, o zgrozo, nie dające na prawo i lewo każdemu chętnemu (co za niesprawiedliwość – a z niesprawiedliwością trzeba walczyć). O pechowcach, którzy jednak trafią do Polski nawet nie wspomnę; nie dość, że zasiłku nawet na waciki nie starczy (o znalezieniu pracy nie wspomnę, nawet miejscowi nie mają) to jeszcze można dostać w ryj za krzywe spojrzenie się. Nawet Wyborcza nic nie pomoże opisując brutalne pobicie biednego uchodźcy przez polskich faszystowskich nazistów (Michnik przy tym przezornie wyłączy możliwość dodawania komentarzy pod artykułem).

Koniec końców dobre chęci osiedlą w Europie pokaźną grupę wykluczonych ludzi bez perspektyw, nie mających nic poza poczuciem krzywdy i własną religią. Świetna pożywka dla salafitów. Jakby mało było, że pośród migrantów przemyca się w ogólnych chaosie bojowników ISIS. W takim mikroklimacie Charlie Hedbo zyska miano imprezy cyklicznej. I mam nieprzyjemne wrażenie, że o to chodzi tak naprawdę. To, że popieprzeńcy z IS szukają drogi żeby uciąć parę głów w Europie tajemnicą dla nikogo nie jest i nikt o zdrowych zmysłach faktu negować nie będzie.

Destabilizacja Niemiec (i całej Unii za tym) jest na rękę chyba wszystkim. Parę zamachów w sercu Europy da Amerykanom zdecydowanych sojuszników chcących ukręcić łby ISIS, która to póki co dzielnie robi podkład pod przyszłą interwencję wyzwalającą region od zła, nienawiści i nadmiaru ropy. Rewelacje austriackiego wywiadu, który donosi o finansowanie migracji częściowo przez USA potwierdzałoby hipotezę. Turcji (wspierającej ISIS) afera też się opłaca – w końcu może się pozbyć uchodźców ze swojego terenu, dodatkowo kurz spod butów migrantów skutecznie odwraca uwagę od tureckich nalotów na Kurdów; ewentualny skok Erdoğana na stanowisko dożywotniego sułtana Turcji też przejdzie raczej bez większej uwagi z Zachodu kiedy ten będzie zajęty bajzlem na własnym podwórku. Saudyjczycy nie przyjęli ani jednego uchodźcy (jak wszystkie inne bogate państwa Bliskiego Wschodu) za to zadeklarowali się, że chętnie zafundują budowę dwustu meczetów w Europie żeby biedacy nie czuli się obco. Mokre sny Saudów o podboju też nie są chyba dla nikogo tajemnicą – im więcej muzułmanów w Europie tym weselsi szejkowie. A jeśli traktować poważnie pewną analizę wierzeń islamistów to i sami porąbańcy od wielkiego pedofila bardzo chętnie by widzieli zachodnie wojska na swojej ziemi. Ponoć wg jakiejś przepowiedni tak się ma dopełnić walka o opanowanie świata przez Islam czy coś w ten deseń. Aha, no i oczywiście stara dobra Matuszka Rosija rada będzie widzieć pooraną Europę. W skrócie – układ win-win dla wszystkich. No, poza nami.

Jest takie chińskie powiedzenie… czy klątwa raczej – “obyś żył w ciekawych czasach”. Chyba pora zapisać się na strzelnicę w końcu bo coś mi się widzi, że owe ciekawe czasu pukają do drzwi rękami nachodźców.

Gdyby mi się tak chciało jak mi się nie chce…

Oby mi się tak chciało jak mi się nie chce. Znacie to? Pewnie nie bardziej niż ja. Dzisiaj o czymś przeciwnym w takim razie. Od jakiegoś czasu nosiłem się z jednym tematem, o dziwo bez narzekania na czym świat stoi – wręcz przeciwnie – tekst o promyku nadziei na lepsze jutro. Tym promykiem jest koleś, któremu tak się chce jak nam nie.

Elon Musk – kojarzycie faceta? Każdy, kto się choć lekko orientuje we współczenych przedwsięwzięciach technicznych na pewno kojarzy. Reszta ludzi, nawet jeżeli nazwisko nic im nie mówi i tak miało z jego działalnością do czynienia. Na marginesie – krążą słuchy, że Musk był inspiracją dla Marvela przy pisa… rysowa… tworzenia postaci Iron Mana. Cóż, nie od dziś wiadomo, że pieniące są jedną z lepszych supermocy. Ale po kolei.

PayPal – to znają chyba wszyscy. Tak się składa, że Elon jest jednym z współtwórców serwisu. Jaki koń, każdy widzi, pożyteczna rzecz. Ale nie tym chciałem. U mnie Musk plusuje innymi projektami: Space X, Tesla Motors i Hyperloop. Tak – to wszystko ogarnia jedna osoba (i nie tylko to). I dla pełnej jasności – facet jest nie tylko szefem biznesowym – w Space X jest też dyrektorem technicznym. Przedsiębiorca skończył fizykę na Uniwersytecie Pensylwanii – stąd też zapewne zamiast pić na imprezach Elon trzyma nos w instrukcjach kosmodromów. To nie żart. Na jednej z imprez u szefa Google (na marginesie – jego dobrego znajomego) Elon zajmował się lekturą dokumentacji ruskiej rakiety. Wystrzałowy facet, co?

Celem założonej w 2002 Space X jest znaczne obniżenie kosztów lotów w kosmos – z czym firma całkiem nieźle sobie radzi, co doceniła m.in. NASA kontraktując z Muskiem zaopatrywanie ISS. Oczywiście zdarzają się wypadki przy pracy, np. dość szerokim echem odbiło się nieudane pionowe lądowanie rakiety na barce (swoją drogą, żadna rządowa agencja nigdy nawet nie myślała o pionowym lądowaniu), ostatnio też głośno było o wybuchu kolejnej rakiety zaraz po starcie – tutaj już się pojawiłu w sieci teorie spiskowe jakoby rząd za bardzo kręcił nosem na sukcesy prywatnej agencji i chciał utrzeć nosa Elonowi. Teorie wyssane z palca, rzecz jasna ale pokazują jakim fenomenem stała się firma.Tak czy inaczej Space X daje radę i pomimo potknięć przed do przodu. Czy raczej pnie się w górę, wpisując się przy tym w prężnie ostatnio rozwijającą się branżę prywatnych agencji kosmicznych, które zaczynają powoli wypierać agencje rządowe – a przy tym działają nieporównywalnie bardziej efektywnie. W sumie ładny pstryczek w nos pod adresem publicznych instytucji. (Choć swoją drogą – kto rozsądny podejrzewałby organizacje finansowane z podatków o racjonalne zarządzanie?)

Drugą, być może nawet ważniejszą niż Space X inicjatywą Muska (i kilku jego kumpli) jest Tesla Motors – firma prodkująca elektryczne samochody – początkowo sportowe, obecnie zajmuje się także osobówkami. Rzecz jasna elektryczne auta nie są nowością ale akurat w przypadku Tesli sprawa ma się o tyle inaczej, że firma odnosi finansowe sukcesy. Model Tesla S kosztuje wprawdzie ~60 tys. euro co czyni ją niedostępną dla przeciętnego polskiego blogera ale już nieco bardziej na zachód taka kasa nie jest aż tak nieosiągalna – skutkiem tego samochód rozchodzi się jak świeże bułeczki. Konsumenci widzą w firmie zapowiedź nowego świata – a koncerny naftowe, co nie dziwne, śmiertelne zagrożenie i próbują walczyć z Tesla jak mogą. Z firmą nie po drodze też dealerom, którzy zostali całkowicie pominięci w procesie sprzedaży (Tesla sprzedaje samochody bezpośrednio indywidualnym nabywcom).

Co się jeszcze tyczy koncernów naftowych – Tesla Motors otwarcie wypowiedziało im wojnę udostępniając innym firmom motoryzacyjnym swoje patenty – krok równie odważny co przewrotny – zwłaszcza na tle kolejnych odsłon patentowego cyrku jakie często oglądamy (nagrodę naczelnego trolla w tej dyscyplinie oczywiście otrzymuje Apple “think different, like everybody else”). Dla wszystkich niezorientowanych co oznacza udostępnienie swoich wynalazków ogółowi podpowiadam – kilka koncernów korzystających z tych samych prac ma o wiele większą siłę przebicia niż jeden, choćby i genialny. Pierwsze sygnały współpracy między Teslą a innymi firmami już są a modele elektryczne pojawiają się powoli w stajniach takich gigantów jak BMW, Audi a nawet Prosche, przyprawiajac tym samym nafciarzy o palpitacje serca.

Mały wtręt polityczny – kiedy przemysł samochodowy przestawi się na elektryczność (a to już kwestia czasu – na mój gust jakieś trzydzieści lat) kraje żyjące z eksportu ropy bądą miały przechlapane. Jeśli w tym czasie uda się skomercjalizować (hipotetyczne) osiągnięcia programu ITER (czyli nowy tym elektrowni jądrowych) to takiej Rosji przykładowo pozostanie eksportować już tylko Rosjanki skoro ani ropy ani gazu kupować nikt nie będzie – a i kałasze będą wtedy trochę przestarzałe. Na dłuższą metę Musk może zaszkodzić batiuszce Putinowi i jego następcom bardziej niż wszyscy banderowcy i opozycjoniści razem wzięci. Nie żebym narzekał.

Najświeższym projektem Muska jest Hyperloop – superpociąg, którego wagony w założeniu mają się poruszać z prędkością 1220 km/h. Tak, dobrze przeczytaliście. Nie, nie pomyliłem się. Ponaddźwiękowy pociąg. Istota działania tego ustrojstwa jest dość prosta – ot, rura quasi-próżniowa, w której poruszają się wagony – czy raczej kapsuły bo każda ma być wielkości małego busa. Kapsuły napędzane elektromagnesami i kompresorami mają poruszać się na poduszkach powietrznych – dlatego też napisałem o quasi-próżnowych rurach a nie próżniowych – ciśnienie w nich jest radykalnie obniżone ale nie do zera.

Prototypowa linia ma być gotowa za jakieś dwa-trzy lata w Kalifornii. Swoją drogą także tutaj Elon nie zamierza patentować rozwiązania, objawiając się po raz kolejny jako błędny rycerz inżynierii i biznesu pracujący dla dobra całej ludzkości. Przy okazji – władze stanu miały własny projekt stworzenia szybkiej linii między Los Angeles a San Francisco (czyli tam, gdzie ma rozpocząć działanie Hyperool) – budowa miała kosztować ~60 mld baksów (czyli w praktyce wyszłoby minimum 100, znając efektywność publicznych inwestycji) a pociąg osiągać zaledwie 350 km. Na tym tle Hyperoop pędzący praktycznie czterokrotnie szybciej za jedną dziesiątą kwoty to jawny policzek dla władz stanowych – i w ogóle wszystkich biurw siedzących we wszelkich urzędach.

Elon zajmuje się także jeszcze innymi projektami, od np. SolarCiti (które działa na polu energii odnawialnych) po prywatne szkolnictwo (Musk założył cichaczem prywatną szkołę dla swoich dzieci bo amerykański system edukacji mu się nie podobał – i nie dziwię się facetowi, Jankesi mają dobre uniwersytety ale wszystko poniżej tego poziomu to przysłowiowe chuj, dupa i kamieni kupa), nie będę się jednak rozwodził nad wszystkim.

Spotkałem się z opinią, że Musk jest Teslą naszych czasów. Poniekąd się zgadzam choć Tesla był stricte wynalazcą, Musk natomiast jest “tylko” inżynierem ze smykałką do interesów – czyli czymś, czego Serbowi brakowało absolutnie – porównanie więc może być średnio udane patrząc od strony czysto technicznej. Za to jeśli spojrzeć na wpływ, jaki Musk może wywrzeć na świat to nawiązanie do Tesli staje się już całkowicie uprawnione.

Kończąc – przykład Elona dobrze pokazuje, że każdy człowiek może odnieść niesamowity sukces – jeśli tylko owy człowiek jest inteligentny, zdeterminowany, pełen marzeń i gotowy zasuwać dwadzieścia godzin dziennie,

Doniesienia prasowe

Uderzyło mnie dzisiaj parę rzeczy. Nic wielkiego – takie codzienności. Na jednej stronie oglądałem film promujący okulary holograficzne do nauki anatomii – a zaraz potem czytałem wypowiedzi pożal się boże senatorów, którym nie podoba się in vitro bo to zmusza mężczyzn do onanizmu – oraz, o zgrozo, oglądania pornografii nawet.

Kolejna sprawa – trzydziestoletnia, niebrzydka nauczycielka skazana na 22 lata za kratkami za bzykanie się z trzema uczniami (już widzę jak bardzo nie tego chcieli) – w tym samym czasie jeden psychol z Norwegii odsiaduje 21 lat za zabicie prawie siedemdziesięciu osób.

Siedzę sobie spokojnie w przytulnym mieszkaniu z ładnym widokiem powoli ogarniając firmowe sprawy i oglądam sielankową zieleń za oknem. Jakaś reklama w tle gada żebym ubezpieczył swojego drona, jednocześnie czytam o Grekach kupujących w kryzysie nowe telewizory, emigracji z kraju i kozojebcach obcinających ludziom głowy.

Paranoja? A to dopiero początek – jakbym miał zacząć wypisywać wszystkie nonsensy to skończyłaby mi się przestrzeń dyskowa na serwerze.

Nasza cywilizacja jest posrana. Czasem myślę, że przydałby się jakiś reset pod postacią komety. Jednym się we łbach poprzewracało, drugim w dupach. Dobrze, że nie jestem szczególnie wrażliwą osobą bo można by się popłakać – a tak zostaje się już tylko śmiać.

PS. Są jednak i dobre wiadomości – jakieś 160 osób z okolicy zatruło się doplaczami. Niestety są też złe – nie ma doniesień, że ktokolwiek z nich zmarł – ponadto pogotowie aktywnie ich ratuje a policja przymknęła dealerów, przeszkadzając im w szczytnym dziele wspomagania selekcji naturalnej.

Feministki

Kojarzycie na pewno tak sobie udaną kampanię pt. “nie zdążyłam zostać mamą” – no to dzisiaj nie o tym. Spot sparodiowano już tyle razy, że nie ma sensu się dalej pastwić. Zresztą temat już przysechł trochę. Mnie rozbawiło w całej sprawie co innego – mianowicie jedna z karykatur, konkretnie ta oto, którą to znalazłem przypadkiem na „Codzienniku Feministycznym”. Nie pytajcie jak tam trafiłem, sam nie wiem.

Zostawię na boku sam “Codzienniek…” a tym bardziej samą istotę współczesnego feminizmu. Ten ostatni temat na parę książek a nie wpis na blogu.  Wygląda mi to na trolling skierowanego przeciw feministkom (a przynajmniej ich części) – jeżeli tak, to udał się znakomicie. Gorzej, jeżeli to na serio – a obawiam się, że część ludzi tak to wzięła. (Czasem ciężko ogarnąć co jest żartem a co nie, ludzie zbyt często udowadniają, że są idiotami).

Po pierwsze – osobiście mnie raziło prądem (nikłym, ale zawsze) sugerowanie, że w moim mieszkaniu jest jakaś kobieta, o której nic nie wiem, a która jest de facto motorem napędowym wszelkich moich poczynań oraz jedynym czynnikiem spajającym moją egzystencję w całość. Tak się składa, że takowej nie zauważyłem. Co więcej – realizacja wszystkich moich faneberii to moja osobista sprawka a jeśli miałbym jakiejś kobiecie dziękować to jedynie mamie – mocno konserwatywnej dodam (identyczne podziękowania dla taty). Myślę, że większość facetów mojego pokroju tylko się zaśmiało.

Po drugie – mając jako takie rozeznanie w strukturze społecznej raczej ciężko oczekiwać żeby przestawiony w obrazku podział na korzystających z życia facetów i biedne, wykorzystywane przez nicponi kobiety miał faktycznie odzwierciedlenie w rzeczywistości. Tak się dziwnie składa, że faceci, którzy coś faktycznie osiągnęli nie zawdzięczają sukcesu zawodowego kobietom myjącym za nich naczynia. Tym bardziej, że często są zatwardziałymi singlami.

Szczerze mówiąc to nawet nie wiem gdzie kto się dopatrzył korelacji np. pomiędzy wysokością wypłaty męża a ilością gaci pranych mu przez żonę – szarą myszkę. Na moje to sprawa wygląda dokładnie przeciwnie – im facet bardziej ogarnięty tym bardziej przebojowa kobieta mu potrzebna – a taka nie da się zamknąć gdziekolwiek.
Sytuacje, gdzie kobieta faktycznie siedzi w chałupie i poza nią nosa nie wychyla to przeciwny biegun – w naturze kura domowa zawsze występuje do kompletu z niedorajdą, a ten do Paryża bynajmniej nie zagląda. Mówiąc wprost – sierota zwiąże się tylko z inną sierotą. Inna sytuacja to czystej wody fantastyka. Tak więc autorka obrazka strzeliła sobie w stopę, obawiam się.

Trzecia, ostatnia i najzabawniejsza sprawa – tak się składa, że  obrazek wg mnie świetnie obrazuje mentalność tak zwanej ultra feministki – takiej co to gada, że kobieta za identyczną pracę dostaje 20% mniejszą wypłatę a parytety powinno się wprowadzać wszędzie gdzie to możliwe – oraz gdzie to niemożliwe. No chyba, że akurat działałyby na niekorzyść kobiet (np. sprawa któregoś ze skandynawskich państw, gdzie parytety na pedagogikę zniesiono kiedy się okazało, że kierunkiem bardziej zainteresowane są kobiety niż mężczyźni).

Otóż obrazek ładnie pokazuje sposób myślenia pewnej grupy kobiet – “ten facet gdzieś był, coś widział, coś osiągnął? na pewno wykorzystuje kobiety, gnój jeden!”.

Odrawacając – “nic mi w życiu nie wychodzi? to wszystko przez facetów!”

Amen.

Między dżumą a cholerą

I znów o polityce. Tak, tak, wiem – porzygać się tym już idzie – obiecuję, że to ostatni raz… w tym miesiącu. Mam jeszcze trochę luźnych dywagacji do spuszczenia z krzyża.

Wspominałem ostatnio, że gdyby Duda został prezydentem PO zwarłoby szeregi żeby tylko nie dopuścić PiS do wygranej w wyborach do Sejmu. Przy czym tutaj “PO” odnosi się do wszystkich, którzy nie tyle są faktycznie za Platformą co po prostu przeciwko PiS (czyli mniej więcej dwie trzecie obywateli). Rodzi to dość ciekawe implikacje jeśli popatrzeć na nowych graczy, którzy szykują się do marszu na Warszawę – Kukiza z naprędce organizowaną przez partią. Moim zdaniem wygrana Dudy mogłaby się dać we znaki Kukizowi – jeśli widmo PiSu zbyt mocno odciśnie się w drugiej turze ludzie w panice zaczną głosować na PO, tym samym ograniczając ilość głosów, które zbierze nowe stronnictwo.

Paradoksalnie więc najlepszym sposobem żeby namieszać w obecnym układzie sił byłoby głosować na Bronka, którego wygrana uśpiłaby do pewnego stopnia jego partię (choć i tak już posraną po wynikach pierwszej tury) i przyniosłaby więcej głosów Kukizowi – być może również Balcerowiczowi, który podobno też coś montuje. Utrzymanie status quo zachęciłoby do antysystemowej rozróby – w przeciwieństwie do powtórki z wygranej Jarka sprzed lat.

Niezależnie jednak od październikowego rozwoju wypadków, druga tura wyborów to wciąż wybór między dżumą a cholerą – mamy do wyboru nieco inne zestawy dolgliwości – i tyle.

Autodestrukcja vol. 2

Nadszedł chyba czas rzucić krytycznym okiem na własną radosną twórczość – tak coby nie popaść w samozachwyt. Ostatecznie głupio jest się masturbować do zdjęć własnych tekstów. Jeszcze je potem człowiek poplami.

Teraz trochę wróżenia z fusów – wybory ostatecznie wygra Komorowski.
Zaiste, wnikliwa analiza.

…zwarłaby szeregi mocznej kontrsiły jedynie słusznej partii…
Zachodni wiatr spienione goni fale.
A swoją drogą – co to u licha jest kontrsiła?

Korwin “Tej Siły Już Nie Powstrzymacie” Mikke
Tak Ci się to spodobało, że musiałeś użyć tego sformułowania w dwóch notkach z rzędu?
…co mówiłeś na początku o masturbacji?

Miałem sen. Znowu. W zasadzie to nie sen a koszmar. I w zasadzie to nawet nie sen czy koszmar a wizję. Zresztą nawet nie wizję, wizje się nie ziszczają.
Po pierwsze – to co ostatecznie miałeś?
Po drugie – bierz połowę.

Matka Natura jest Matką Naturą a nie Ojcem Natur… em?
Właśnie – ?

…tymczasem kobieta z analogiczną rozpiętością emocjonalną…
Z… czym?
I dalej w tym samym akapicie:
…nabrały w moich oczach absurdalnej wręcz racjonalności.
Absurdalnej racjonalności?
Znaczy co? Racjonalny, bardziej racjonalny, absurdalnie racjonalny?
Poza tym – nie wiem co jest bardziej przerażające – że mi takie absurdy uciekają spod redakcji niezauważone czy sam fakt, że potrafię wpaść na takie genialne pomysły zupełnie bezwiednie.

Czy zatem uważając się za człowieka racjonalnego w istocie jestem szurnięty?
Ludzie dzielą się na już wymagających leczenia oraz jeszcze nie zdiagnozowanych – przy czym pierwsi najczęściej uważają się za jedynych normalnych w zwariowanym świecie.

Na szczęście wiatru pod dostatkiem. W dodatku rześkiego jak woda w sztyfcie.
…woda w sztyfcie.
…w sztyfcie.
Wasza ekscelencja nie może napisać po ludzku, że pizga lodowatym wiatrem?
Musisz się uciekać do takich udziwnień? Bo co? Inaczej passé, zbyt normalnie i w ogóle plebsem śmierdzi na kilometr?

…przyznam, że zima bez śniegu nie przeszkadzałaby mi jakoś niesamowicie.
A co powiesz na bieguny bez śniegu? Pardon, milordzie – bez wody w proszku?

Sen w sumie nierealny…
A jaki sen jest realny? Zresztą nadużywasz “w sumie”.
“Zresztą” też. Uboga biblioteczka?

Nienawiść do logiki wyniosłem z domu. Jebać meritum na sto procent. CHWDL.
Do poprawnej polszczyzny również?

Miałem sen… tekst długi i zasadniczo bez sensu. Podsumowując – nie do końca wiesz czego chcesz ani tym bardziej jak to osiągnąć?

Może delegalizacja to nieadekwatne słowo, ale istotą tego punktu jest ograniczenie do minimum największej pięty achillesowej współczesnej polityki – bezzasadnych kłótni.
Jakby tak się chwilę zastanowić to mogłoby być gorzej – politycy z miejsca dochodzący do konsensusu – kłótnie ostatecznie dają jakieś pole manewru – ekspresowa zgoda na szczycie nie zostawiałaby żadnych szans maluczkim. “Rąbniemy 25% podatku od oddychania? Spoko, klepnięte.”

Im więcej słońca i ciepła tym bardziej człowiekowi chce się robić mnóstwo rzeczy. No w każdym razie chce się robić jakieś rzeczy. Albo po prostu chce się coś robić… prawda?
No i co, zrobiłeś coś? A no tak, walczysz z prokrastynacją? Świetnie. Co? Aha… od jutra… no tak.

Matka Natura to złośliwa suka.
Jak się zwracasz do mamy, skurwysynu?!
Hm… zaraz…

…przyszła wiosna ciepła i radosna a skwerki w parkach obrodziły spod topniejącego śniegu niezliczoną ilością psich gówien.
Romantyzm w Twoim wydaniu…

Dzięki temu nikt nie zarzuci mi, że nie żyję pełną piersią.
Chyba pełnym cyckiem. Kiedy ostatnio byłeś na siłowni?

…burząc (…) naturalną dla mnie pogodę ducha i życzliwość dla wszystkich wokół…
Twoje… co?

Wygląda na to, że już Ateńczycy wiedzieli co robią, zakazując piastowania stanowiska oberszefa dłużej niż dwie kadencje, jeśli dobrze pamiętam z historii.
A parę postów później pojechałeś po podstawach demokracji. Nie ma to jak spójność własnych poglądów. …ok, wiem, teraz się czepiam.

Tłumaczyłoby to również, dlaczego politycy w wielu krajach mają status społeczny niższy od prostytutek, w tym w Polsce.
“(…) również w Polsce”, jak już.

…elektronika tak się ma do informatyki jak ornitologia do KFC…
Może od razu zacznij zarzucać tekstami, że niedźwiedź polarny to spolaryzowany jednokierunkowo niedźwiedź bipolarny? Wszyscy będą zrywać boki. Serio.

Hipotetyczne zniknięcie moje i moich kumpli po fachu zauważone zostałby zapewne dopiero, kiedy internet by przestał działać…
Albo kiedy po przeliczeniu głosów okazało by się, że nikt nie głosował na Korwina.

Nigdy nie zamieszczam żadnego tekstu w dniu, w którym tenże powstał. Takie tam redakcyjne pierdu pierdu, czas na przeczytanie jeszcze raz, wyłapanie błędów itd.
Skutek, widać, nader marny skoro piszę już drugą autodestrukcję i nie zapowiada się cobym miał prędko skończyć pastwienie się nad sobą.

Gdyby spokój ducha był karalny powinienem od dawana gnić w pierdlu. Niemniej czasem nawet mnie coś ruszy i wtedy pojawia się wpis na blogu.
Od kiedy spokój ducha jest synonimem bezmyślności?

Zielone tłumy (taki skrót od tłumów zielonych żółtodziobów…)…
Zielone tłumy – zielonych żłótodziobów… Piłeś? Nie pisz.

…nieogarnięty tłum…
Tylko dwa słowa a mogę teraz pojechać po sobie na tyle sposobów, że nawet nie wiem od czego zacząć.

Chordy ludzi na siłowni…
CHORDY?! Zawał serca, udar mózgu, skurcz przepony oraz indukowana impotencja.
Wyjdź.

“Od nowego roku będę miły.”
“Od nowego roku nie będę się lenić.”
“Od nowego roku będę się uczyć”.
Zapomniłeś dopisać “od nowego roku będę systematycznie pracował nad powieściami”

Tego feralnego poniedziałku powziąłem jednak postanowienie coby faktycznie zrobić coś produktywnego.
Powziąłem, postanowienie – epicko. I co, przeprowadziłeś inwazję w Normandii?

Koniec końców udało mi się w końcu dotrzeć…
Masło maślane jest maślane.

…zdążył jedynie otworzyć usta zanim nie nawiązałem z nim kontaktu…
To jest po polsku?

…miałem kiedyś wizję swojego sukcesu pisarskiego a piszę bloga.
Nie bez powodu.

Głosuj na większe zło

Powiało nowy. Właśnie patrzę na wstępne wyniki wyborów. Symptomatyczne, że Komorowski nie prowadzi – ale nie to mnie cieszy. Kukiz przebił moje piętnastoprocentowe szacunki, osiągając ~20%. Przy frekwencji około 50% daje to 10% realnego poparcia – dla faceta, który dosłownie urwał się z politycznego księżyca. W istocie poparcie jest większe, sporo osób głosuje na kandydatów prowadzących w sondażach wybierając mniejsze zło – żeby “nie oddać straconego głosu”. Jakby głosowanie za niezadowalającym układem nie było straconym głosem. Swoją drogą szkoda, że Cthulhu nie startował. Osobiście zawsze chciałem wybrać większe zło.

Jak już pisałem – JOWy średnio do mnie przemawiają, natomiast cieszę się, że w końcu coś się rusza na scenie politycznej. Obecny układ sił już od dłuższego czasu mnie mierził. Jak to moja przyjaciółka podsumowała – “(…) to nie władza, to stado świń przy ciepłym korycie, jak nie dostaną żreć to się zesrają ze strachu, a przestraszone świnie nawet nie nadają się do uboju bo mięso jest wtedy niesmaczne”. Nic dodać, nic ująć. Każda zmiana w tym zgnuśniałym folwarku jest dobrą zmianą. A Kukiz będzie teraz na szybko montował ekipę do parlamentu przed październikowymi wyborami do Sejmu – i szczęście mu życzę.

Teraz trochę wróżenia z fusów – wybory ostatecznie wygra Komorowski. Każdy, komu samo widmo PiS na horyzoncie spędza sen z oczu teraz się zmobilizuje żeby w następnej turze jarkowy przypadkiem nie wygrał. Zresztą, nawet gdyby Duda wygrał to wiele to by nie zmieniło – prezydent, przypominam, nie ma realnej władzy. Hipotetyczna wygrana PiSowskiego kandydata zwarłaby szeregi mrocznej kontrsiły jedynie słusznej partii – czyli gdzieś ⅔ obywateli, którzy zrobiliby wszystko coby Jarek nie zyskał przewagi. Swoją drogą – gdyby Duda faktycznie wygrał (w co wątpię szczerze) to nie wiem czy byłby wiele gorszym prezydentem niż Komorowski. Facet jest na tyle nijaki, że raczej nie będzie krzyczał o szogunach stojąc na krześle. Wprawdzie na pewno będzie szczekał na Putina – ale umówmy się – Rosjanom można przemówić do rozsądku jedynie ostrzałem artyleryjskim więc wszelkie próby dyplomatycznego rozwiązania konfliktów z nimi są i tak śmiechu warte. Jedyne co mogłoby się nieprzyjemnego zdarzyć to wykorzystanie potknięć amatora od Jarka przez, bądź co bądź, profesjonalną rosyjską propagandę. Ale, ale – Duda i tak przegra – nie ma co się martwić, wtopy czynione przez “głowę państwa” będą więc zwyczajne, niczym nowym Bonek nie zaskoczy.

A wracając do pierwszej tury wyborów – chyba nie mam nic do dodania już. Może poza tym, że Korwin “Tej Siły Już Nie Powstrzymacie” Mikke nie zawiódł moich przewidywań – niecałe 5%. Czyli chyba wszyscy moi koledzy po fachu się zmobilizowali (dla niewtajemniczonych – jestem informatykiem).

Kryształowa kula wyborcza

Miałem sen. Znowu. W zasadzie to nie sen a koszmar. I w zasadzie to nawet nie sen czy koszmar a wizję. Zresztą nawet nie wizję, wizje się nie ziszczają. Wiem co mówię – miałem kiedyś wizję swojego sukcesu pisarskiego a piszę bloga. W każdym razie – znów będzie polityka.

Nie-wizja moja miała twarz Komorowskiego, który wygra wybory. Bo wygra. W drugiej turze, goniony przez Dudę. Niestety – a może i stety? Jeszcze sobie parę lat poskaka po krzesłach i nie będzie mógł kandydować więcej. Mniejsza jednak o tego pożal się boże arystokratę od siedmiu boleści i jego kontrkandydata, którego Jarosław wystawił jedynie po to żeby samemu nie przegrać. Na tych dwóch wylano już sporo tekstu, taśmy i pomyj (choć pomyj lanych na polityków nigdy za wiele). Co do pozostałych kontrkandydatów – w pierwszej turze Kukiz może nawet 15% dostanie. Fajnie by było. Szczerze mówiąc sam mam zamiar na niego głosować – nie dlatego, że jakoś bardzo popieram JOWy – te uważam za idiotyzm. Ewentualne wprowadzenie takowych zabetonowałoby scenę polityczną na amen – taka ordynacja de facto eliminuje małe partie i kandydatów niezależnych – Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania są tego najlepszym przykładem.

Swoją drogą nie uważam też, że Kukiz byłby dobrym prezydentem – choć, hipotetycznie, jeżeli facet wziąłby się za protokół dyplomatyczny to pewnie byłby lepszy od poprzednich dwóch prezydentów. Co, niestety, nie jest wielkim wyczynem. Dlaczego więc na niego mam zamiar głosować? Dla zachęty – dobrze w końcu widzieć kogoś, kto w dupie ma co niby w parlamencie wypada a co nie. Gdyby Kukiz poszedł do Sejmu mógłbym zrobić trochę bałaganu – i dobrze, wychodzę z założenia, że chaos stwarza więcej możliwości niż uświęcony cementem porządek. Wbicie kija w mrowisko zawsze mile widziane.

A wiecie co jest najśmieszniejsze – na chwilę obecną najlepszym merytorycznie prezydent byłaby wg mnie Ogórek – prezydent ma być reprezentacją państwa – coby nie powiedzieć o millerowej marionetce, to jednak się dziewczyna prezentuje. Trochę szkoda, że wynik będzie miała pewnie nawet mniejszy niż Korwin “Tej Siły Już Nie Powstrzymacie” Mikke.

 

Globalne ocipienie

Nie macie wrażenia, że pogoda, za przeproszeniem, ocipiała? W święta padał śnieg, choć wcześniej było całkiem wiosennie. Tydzień później można było biegać po polu (bądź dworze, co kto woli) w krótkim rękawku. Parę dni później znów zaczęło zawiewać mokrym złem. W ciągu jednego dnia można było uświadczyć przymrozku, wiosennego słońca, gradu, wiatru i co tam jeszcze Matka Natura zdecydowała się spuścić z nieba. To jak z kobiecymi humorami – swoją drogą ciężko o bardziej dobitny dowód, że Matka Natura jest Matką Naturą a nie Ojcem Natur… em?

Na marginesie – tak teraz się zorientowałem, że facet mający huśtawkę nastrojów popadając jednego dnia od depresji do euforii zostałby uznany za jednostkę wymagającą bacznej obserwacji psychiatrycznej – tymczasem kobieta z analogiczną rozpiętością emocjonalną jest z grubsza uznawana po prostu za normalną babę. Teksty kobiet określające się jako “dziewczyny szalone i zwariowane” nagle nabrały w moich oczach absurdalnej wręcz racjonalności.

Czy to znaczy, że uznając za wariatkę osobę do bólu wręcz racjonalną sam daję wyraz swojej paranoi? Czy zatem uważając się za człowieka racjonalnego w istocie jestem szurnięty? Zaraz mi się głowa przegrzeje, muszę się iść przewietrzyć. Na szczęście wiatru pod dostatkiem. W dodatku rześkiego jak woda w sztyfcie. Póki co w każdym razie – za pięć minut może zacząć wiać prosto znad Sahary.

Wracając do tematu, zawsze zastanawiały mnie hasła typu “ratujmy Ziemię” i temu podobne. O ile klimat faktycznie się zmienia (choć przyznam, że zima bez śniegu nie przeszkadzałaby mi jakoś niesamowicie) to jednak cała masa “zielonych” inicjatyw potrafi porazić. W poprzednim wpisie krytykowałem choćby godzinę dla ziemi, bezsensowną akcję bez żadnych merytorycznych podstaw. Nie trzeba długo szukać żeby znaleźć całą masę podobnych idiotyzmów. Choćby z wielką pompą swego czasu reklamowane biopaliwa, które miały być takim zbawieniem dla ekologii. Skończyło się na tym, że wzrosła powierzchnia utylizowanych lasów bo producenci chcieli mieć więcej miejsca pod uprawy.

Coby nie szukać daleko – energooszczędne oświetlenie i zwalczanie przez UE zwykłych żarówek. Chyba nie ma lepszego przykładu ignorancji zachodnich społeczeństw – wystarczy coś okleić zieloną taśmą i stwierdzić, że to eko i lemingi na to pójdą. Kij z tym, że zwykła żarówka to obojętne chemicznie szkło, kawałek taniego metalu i trochę wolframu. Przecież świetlówka jest taka ekologiczna – wystarczy tylko sporo zabójczej rtęci i cała masa elektroniki (opartej na metalach ziem rzadkich, których wydobycie bynajmniej ekologiczne nie jest) żeby dostosować napięcie z sieci do potrzeb lampki. Cud ekologii, jego mać.

Zastanawiam się, czy pożal się boże zalecenia producentów elektroniki nakazujące odłączenie ładowarki od sieci, kiedy nie ładujemy telefonu, wynikają z wyrafinowanego marketingu korporacji czy zwykłego debilizmu marketingowców, którzy sami wierzą, że odłączenie ładowarki zmniejszy zużycie prądu a co za tym idzie emisję gazów cieplarnianych. Już przy pierwszym punkcie mogę tylko popukać się w głowę. I jeszcze zagadka na poziomie gimnazjum – kiedy w obwodzie płynie prąd? Ano wtedy, kiedy jest zamknięty! O mniejszej emisji już nawet nie wspomnę, szkoda mi znów sobie strzępić języka. Jak nie wiesz czemu to kliknij na to zdanie a będziesz wiedzieć czemu – w pierwszym akapicie wyjaśniam.

Żeby nie było – nie jestem przeciwnikiem mądrych inicjatyw mogących faktycznie ograniczyć zatrucie środowiska. Problem w tym, że najgłośniej jest o największych idiotyzmach. Mało kto pewnie zdaje sobie sprawę np. z istnienia takich programów jak ITER, zamiast tego ludzie wolą wydawać kasę na wszelkiej masy cwaniaków żerujących na ludzkiej głupocie. Inna sprawa, że zanieczyszczenie środowiska to w gruncie rzeczy nasz i tylko nasz problem. Natura wytrzymała nie takie kataklizmy jak foliowe torebki. Nie negując, że syf faktycznie robimy to jednak jest to jak pierdnięcie muchy w stosunku do tego, co nam może zgotować Matka Natura np. kiedy beknie któryś z superwulkanów, Yellowstone przykładowo – wtedy dopiero będziemy mieli wszyscy przerąbane. Tak, tak, miśki, dobrze przeczytaliście, Yellowsone ze swoimi słodkimi niedźwiadkami depczącymi kwiatuszku to jeden, wielki jak sukinsyn, wulkan – jak rąbnie to będziemy mieli nuklearną zimę nawet bez Władimira z paluszkami na czerwonych guzikach. Szykujcie narty na ostatni zjazd. Prosto do grobu.

A tak na logikę – co lubią roślinki? Ciepło, dwutlenek węgla i wilgoć. Jak się mają roślinożercy kiedy rośliny mają się dobrze? Ano mają się równie dobrze. Co z drapieżnikami? Ano też mają się fajnie jak wokół jest dużo trawochłonów zbyt nażartych żeby spierniczać spod pazurów. Czyli tak na zdrowy rozsądek – im cieplej i im więcej tego strasznego CO2 tym lepiej dla natury. Co tymczasem robią “obrońcy Ziemi”? Ano starają się nie dopuścić żeby było cieplej bo ocean zalałby syfogenne miasta na wybrzeżach. Innymi słowy starają się utrzymać status quo – de facto KOSZTEM reszty życia na planecie. Co najlepsze – chędożeni hipokryci zdają się szczerze wierzyć, że faktycznie robią coś dobrego. Jak na mój gust – totalnie ocipieli. Tak samo jak pogoda. Globalne ocipienie.

Cóż – jak to rzecze stare buddyjskie przysłowie – fuck it and relax.

Miałem sen

Miałem sen, iż pewnego dnia media przestaną chlapać rzadkim gównem a zamiast niego zaczną pokazywać merytoryczne dyskusje. Sen w sumie nierealny biorąc pod uwagę, że popyt kreuje podaż a podaż jest kreowana przez ludzi, którzy wierzą, że wyłączenie na godzinę światła przekłada się na jakieś realne oszczędności i może ocalić planetę (znaczy co, planeta inaczej wybuchnie?). Rzecz jasna mało kto zadaje sobie niebywały trud coby przeczytać w necie jak działają elektrownie – w końcu trzeba byłoby wpisać może nawet ze dwie frazy w google żeby się dowiedzieć, że elektrownie nie magazynują energii (bo tego, generalnie, z czysto technicznych przyczyn nie potrafimy robić – jako cywilizacja a nie kraj, dla pełnej jasności) więc muszą generować elektryczność na bieżąco, dostosowując się do zapotrzebowania przewidywanego z góry a nie rzeczywistego. Nadmiar energii ulega rozproszeniu. Wyłączenie na godzinę sporej części odbiorników w godzinach wieczornego szczytu nie zmniejsza w żadnym stopniu wydzielania CO2 czy innych gazów bo turbin nie da się tak po prostu zatrzymać z minuty na minutę – godzinny przestój może za to spowodować grube awarie kiedy w sieci znajdzie się zbyt dużo niewykorzystanej energii. Ale kogo to obchodzi? W telewizji mówią, że tak trzeba więc lemingi robią co im się każe, nie zwracając przy tym uwagi na jakikolwiek sens.

Nienawiść do logiki wyniosłem z domu. Jebać meritum na sto procent. CHWDL.

W takich warunkach ciężko wymagać żeby ludzie przestali zwracać uwagę na bezsensowną paplaninę a zaczęli domagać się jasnej, rzeczowej dyskusji i działań opartych na faktach. Lud chce igrzysk – tym więcej igrzysk im mniej chleba. I koło się zamyka. Mamy wysokie podatki, oszalałą biurokracje, absurdalne przepisy, afery zamiatane pod dywan przez rządzących. Więc co robią wyborcy? Ano głosują na tych samych ludzi, którzy wprowadzają coraz wyże podatki, rozbudowują biurokrację, wprowadzają coraz to bardziej absurdalne przepisy i zamiatają pod brudny dywan coraz to większe afery. Byle były przynajmniej dwie strony, które się kłócą ku uciesze gawiedzi.

Na szczęście jest jakieś światełko w tunelu – młodzież. Ta opluwana na każdym kroku przez starszych, którzy godzą się na absurdy na własne życzenie i potrafią jedynie narzekać na wszystko dookoła, nie poczuwając się w żaden sposób do odpowiedzialności za zasrywanie własnego podwórka przez wciąż tych samych cwaniaków. Demokracja to jednak wspaniały system – wszyscy mogą głosować, nikt nie jest winny. Młodzież tymczasem tyra za minimalną albo wybiera emigrację, która jest obecnie chyba jednym wentylem bezpieczeństwa dla panującego systemu – gdyby wszyscy ci ludzie zostali w kraju, samobieżne niezadowolenie pozostające na miejscu spaliłoby Sejm a posłów powiesiło.

Tak się składa, że akurat im młodsi ludzie tym więcej zdrowego rozsądku. Starsze pokolenie głosuje na te same mordy w nadziei (albo i bez nadziei), że coś się zmieni. Młodsi są złudzeń pozbawieni i jeśli głosują to traktują polityków instrumentalnie (tak jak to było ze zrywem po dojściu PiSu do władzy). Albo w ogóle pomijają polityków i sami robią co trzeba, nie dając się przy tym wkręcić w żadne gierki polityczne (protesty przeciw ACTA – a przy okazji zdecydowane polecenie oddalenia się raźnym krokiem wydane Palikotowi czy innemu Korwinowi, próbujących się podpiąć pod manifestacje i nadać im swoją twarz). Starsze pokolenie jest zmęczone transformacją i chce możliwie spokojnie żyć, ciesząc się, że (większości) jest lepiej niż za PRLu. Młodsi nie godzą się na bylejakość zaczynają działać zamiast narzekać przed telewizorem – wprawdzie dość powoli jeszcze ale koło zamachowe powoli się rozpędza.

Nie twierdzę, że ludzie ze świeższą data produkcji są pozbawieni wad, bynajmniej. Niemniej w porównaniu do swoich rodziców (że o dziadkach nie wspomnę) mają jednak większa ochotę żeby coś zmienić – i nie czekają przy tym na odógrne wytyczne. Zamiast tego coraz więcej jest oddolnych inicjatyw, które starają się ogarnąć rzeczywistość – choćby cała masa projektów spod PolakPotrafi czy samoorganizujące się związki strzeleckie, do tego przewijają się też akcje takie jak zbiórki dla kombatantów.

Oczywiście nadzieja związana z pragmatyzmem i inicjatywą młodych ludzi pozostaje w opozycji do zmieszanego już z błotem pociągu do irracjonalnych zjawisk typu “godzina dla ziemi” – i tutaj też dochodzimy do sedna moich dzisiejszych wywodów. Wspominałem kiedyś, że dobrą rzeczą byłoby ogranicznie praw wyborczych. Podtrzymuję to i dokładam jeszcze jedną cegiełkę.
Mam taką utopijną wizję na temat sprawnego ustroju, demokratycznego w istocie ale moim zdaniem mogącego wyeliminować część największych wad demokracji, mianowicie ograniczenie praw wyborczych do części społeczeństwa, która rozumie zasady funkcjonowania państwa. Drugą cegiełką jest zakaz działalności partii politycznych w obecnym kształcie. Tak, wiem, brzmi niedorzecznie, ale dajcie mi wytłumaczyć.

Pierwszy postulat to ograniczenie praw wyborczych – obecnie praktycznie każdy obywatel może głosować – skutki są takie sobie. Zamiast aktywnego prawa wyborczego przyznawanego każdemu z automatu wypadałoby wprowadzić ogranicznie, które blokowałoby prawo wyborcze ludziom, którzy, oględnie mówiąc, nie ogarniają. Smutna prawda jest taka, że większość ludzi ma raczej blade pojęcie o makroekonomii (czy ekonomii ogólnie), jeszcze mniej potrafi powiedzieć cokolwiek na dany temat z punktu widzenia prawa konstytucyjnego (czy jakiegokolwiek innego…), niewiele ludzi wie jak funkcjionują różne instytucje ani kto za co jest de facto odpowiedzialny. Stąd politycy mogą wmówić, że ZUS jest każdemu nieodzowny, że prezydent jest odpowiedzialny za politykę zagraniczną czy tym podobne dyrdymały.

A wystarczyłoby wprowadzić proste testy, nie różniące się w gruncie rzeczy bardzo od testów z WOSu w liceum, wzbogacone o sprawdzian podstawowej wiedzy z ekonomii i prawa. Egzamin ten zresztą można byłoby machnąć przy okazji matury dla oszczędności, może ta zaczęłaby coś znaczyć swoją drogą (ale to już temat to osobny tekst). Rzecz jasna testy powinny być odpowiednio trudniejsze w przypadku starania się o bierne prawo wyborcze (znaczy – możliwość kandydowania). Oczywiście tutaj pojawia się problem jak kontrolować obiektywność takich testów – w końcu ktoś je musi ułożyć – nie będę się jednak rozwodził nad szczegółami technicznymi, w końcu jedynie puszczam wodze fantazji. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że całkiem sensownym rozwiązaniem pośrednim mogłoby być wprowadzanie najpierw ograniczenia w stosunku do kandydatów na posłów bądź radnych.

Druga, myślę, bardziej kontrowersyjna sprawa, to delegalizacja partii politycznych i zastąpienie ich tymczasowymi stowarzyszeniami założonymi w celu realizacji konkretnego projektu i rozwiązywanymi zaraz po załatwieniu sprawy – przy czym posłowie pracujący nad jednym projektem mogliby swobodnie wiązać się w działalność innych kół – tak żeby w efekcie możliwa była sytuacji, gdzie dwóch posłów działających ramię w ramię przy jednym projekcie mogło być adwersarzami w innym.

Może delegalizacja to nieadekwatne słowo, ale istotą tego punktu jest ograniczenie do minimum największej pięty achillesowej współczesnej polityki – bezzasadnych kłótni. Spójrzcie na to tak – mamy kilka partii politycznych. Co one robię? Kłócą się między sobą. Dlaczego? Bo taka jest natura polityki – to po prostu teatr – czy raczej cyrk. Sama koncepcja istnienia w Sejmie sformalizowanych, trwałych stronnictw wymusza ciągłe spory. Na przykładzie: spotyka się czterech przedstawicieli różnych partii i z miejsca są stawiani w opozycji każdy do każdego bo ich gangi noszą inne barwy. Nieważne, że trzech na czterech może mieć spójne poglądy na daną kwestię ekonomiczną – czy jakąkolwiek inną. Zamiast ustalić szczegóły techniczne względem tej kwestii kolesie ci zaczną się kłócić o pierdoły typu “czy uchwalić 29 lutego dniem zgody między punkami a skinami”, co zresztą i tak się skończy komisyjnym biciem oiowców – z każdej strony na inny sposób.

Zdaję sobie sprawę, że to bardzo naciągana wizja, ze względów technicznych w gruncie rzeczy niemożliwa do realizacji na obecnej bazie społecznej i prawnej – będąca wręcz sprzeczna z konstytucją i prawem zrzeszania się. Chodzi mi jednak o pewien mechanizm społeczny skupiający się na realizacji konkretnych celów zamiast tworzenia wielkich stronnictw zrzeszających ze sobą ludzi, którzy często nie mają ze sobą wiele wspólnego a łączy ich np. jedynie niezgoda z wizją innego ugrupowania (albo czasem zwykłe karierowiczostwo). Obecnie – nie ma szans ze względu na mentalność okopywania się w swoim obozie. Ale jeśli utrzymają się trendy do oddolnych inicjatyw to w przyszłości taki sposób uprawiania polityki może stać się realnym rozwiązaniem?

Dołożyć należałoby jeszcze jakąś formę rozliczania polityków z ich działalności. Obecnie mamy w Konstytucji zapis mówiący, że posłowie nie odpowiadają za brak realizacji obietnic wyborczych – jakie skutki są, każdy widzi. Oczywiście najprostsze rozwiązanie to wykreślenie z przepisu słówka “nie”, ale na to konstytucjonaliści kręcą nosem – pytanie czy bardziej z przyzwyczajenia czy faktycznych problemów technicznych, w zasadzie prawnotechnicznych, które trzeba byłoby rozwiązać – na czele z hipotetyczną procedurą odwoływania posłów. Tą kwestię jednak dość łatwo jest obejść – wystarczy dać możliwość oceniania pracy posłów analogiczną jak oceny sprzedawców na aukcjach internetowych – kto dostaje zbyt dużo negatywów od swoich wyborców ten odpada przy następnych wyborach jako nierzetelny leń. O ile kojarzę to taki system zaczyna fukncjonować, np. strona dobrzypolitycy.pl – choć moim zdaniem strona jest trochę mało przejrzysta. Inna sprawa, że taki sposób oceny wymagałoby faktycznego zaangażowania się wyborców, przynajmniej od czasu do czasu.

Robiąc krótkie podsumowanie mojego mokrego sny utopia na miarę Atlantydy jest na wyciągnięcie ręki, wystarczy ruszyć tyłek, ograniczyć prawa wyborcze, przeorganizować cały ustrój polityczny tak żeby nie było możliwości tworzenia w parlamencie trwałych stronnictw i zacząć efektownie rozliczać polityków z realizacji programów wyborczych. Bułka z masłem – cóż, jaki Platon, taka utopia.