Filozofia? Nie wiem!

Ostatnio dorwałem się do książki Jima Holta traktującej o historii rozważań filozoficznych dlaczego świat istnieje. Tak, wiem jak to brzmi, ale książka miała niezłe recenzje więc stwierdziłem, że dla odchamienia przeczytam. W końcu ile można czytać fantastyki?

Szczerze mówiąc to nawet mi chodziło po głowie coby się na studia filozoficzne zapisać. Cóż, szanowny autor skutecznie wyleczył mnie z tego pomysłu… Miałem ochotę rzucić książkę w kąt po przeczytaniu pierwszego akapitu. Co w sumie zrobiłem, ale potem podniosłem i zacząłem czytać dalej. Trochę jak z drogim obiadem – już nie mogę, zresztą nawet mi nie smakuje, ale cholera, zapłacone to i zjeść trzeba. Taka intelektualna cebula.

Błąd logiczny zafundowany na dzień dobry zwalił mnie z nóg ale ostatecznie przebrnąłem jeszcze kilka rozdziałów zanim się poddałem i po prosto rzuciłem okiem na podsumowania kolejnych części a potem epilog. Rzecz jasna nigdzie żadnych spójnych konkluzji. W sumie czego innego spodziewać się po filozofii… Jakby mi przyszło kiedyś torturować  jakiegoś filozofa to chyba bym mu zadał jakieś banalne pytanie (np. czy niebie na pewno jest niebieskie) i zażądał jednoznacznej odpowiedzi – a potem tylko patrzyłbym jak się biedak miota sam ze sobą.

To niesamowite, że całą książkę można napisać dosłownie o niczym. Zdać pytanie a potem przez kilkaset stron na różne sposoby pisać dlaczego nie wiem – ewentualnie przytaczać słowa innych ziomków, którzy też mówili, że nie wiedzą. Bądź przywołać kogoś, kto twierdził, że wie – jedynie po to, żeby wygarnąć, że się mylił. Chyba.

Przypomniał mi się fragment z autobiografii Feynmana:

„Ktoś przyjechał z gotowym referatem, który mieliśmy wszyscy przeczytać. Zabrałem się do czytania i oczy wyszły mi na wierzch: nie wiedziałem, gdzie góra a gdzie dół! (…) Przerwałem więc w przypadkowym miejscu i przeczytałem następne zdanie bardzo uważnie. (…) brzmiało to mniej więcej tak: ‚Indywidualny członek zbiorowości społecznej często otrzymuje informacje wizualnymi kanałami symbolicznymi’. Po dokładnej analizie byłem w stanie przełożyć to zdanie na ludzki język. A co ono znaczy? ‚Ludzie czytają”.

Amen.

Pod koniec studiów informatycznych miałem etykę do zaliczenia. Przysięgam, że przed egzaminem miałem szczery zamiar przeczytania wszystkiego, co wykładowca przeczytać kazał. Po pierwszym akapicie pierdół przypominających te przytoczone przez Feynmana dałem sobie spokój. Po prostu się nie dało. (Na egzamin poszedłem na żywioł – wykładowca na szczęście zdawał sobie sprawę z własnego figuranctwa więc nie męczył nikogo.)

Nie wiem czy też to zauważyliście, ale im bardziej pierdołowaty przedmiot rozważań, tym większe zagęszczenie nieużywanych częściej słów autorzy chcą osiągnąć opisując sprawę. Tak, piję tutaj do wszelkich habilitowanych pożal-się-boże-humanistów, którzy inaczej nie potrafią pisać – wszak gdyby użyli ludzkiego języka (przy którym precyzja nie musi cierpieć, co zapewne mogłoby ich zaskoczyć) to nie dość, że wcale już tak inteligentnie by nie brzmieli, to jeszcze istniałoby realne niebezpieczeństwo, że nawet studenci zrozumieliby o czym mowa.

Jestem ignorantem? Nie wykluczam. Niemniej wolę myśleć, że po prostu mam alergię na pierniczenie. (Dziwne, że nie kicham czytając własne teksty.) Wprawdzie Holt nawet się orientował w kosmologii i fizyce, ale i tak nie udało mu się wyjść poza stereotyp filozofa kminiącego bez sensu nad pozbawionymi znaczenia abstraktami. Ogólnie rzecz biorąc zabawne wydaje mi się, że ludzie, którzy najczęściej nawet nie wiedzą jak działa chrzaniona mikrofalówka czują się absolutnie kompetentni aby wyjaśniać naturę rzeczywistości.

Wystrzałowy zaiste

Kurde balans. Gdzie się nie obejrzeć, tam jakiś zamach. We Francji znani już wszystkim kolesie o wybuchowym charakterze – choć tym razem zmienili nieco styl ale skurwysyny wciąż z rozmachem. W Turcji zielone ludziki w kropki moro ścigają Erdagona (i w sumie dobrze, niechaj sczeźnie). Na Gdańsk sam Jowisz się zamachnął. Nawet w Sosnowcu jakaś strzelanina, jak mi właśnie znajoma opowiedziała. I weź tu wyjdź z szałasu człowieku.

„Obyś żył w ciekawych czasach.”
Takie chińskie przekleństwo.


Inna sprawa – czy jakiekolwiek czasy nie były ciekawe? Przynajmniej w którymś miejscu na Ziemi?

Jeżeli idzie o Turcję to akurat dobrze. Premier to kawał skurczybyka a pucze wojskowe są tam naturalnym mechanizmem zapewniającym świeckość państwa – kiedy rząd zaczyna za bardzo gwiazdorzyć w ruch idą karabiny. Mechanizm działał do tej pory nieźle (od 1960 to będzie chyba czwarty zamach). Oby niedawne próby Erdagona namieszania w armii nie zaszkodziły. Poza tym – im więcej tureckiego wojska zajmuje się sprawami wewnętrznymi, tym mniej żołnierzy strzela do Kurdów, więc małe przetasowanie może być na rękę tym ostatnim, jeśli wykażą się refleksem. Inna sprawa, że sama ewentualność zaistnienia niepodległego Kurdystanu to koszmar każdego Turka, niezależnie od poglądów politycznych czy religijnych – co w tamtych okolicach na jedno w sumie wychodzi.

Francja z drugiej strony też ma problem ze zbyt religijnymi kolesiami, niezależnie jak głośno by temu nie zaprzeczała. W gruncie rzeczy to nad tym tematem nie ma za bardzo co się rozwodzić. Pray for France, smutne obrazki, trójkolorowe filtry na twarzoksiążce, odpowiednio podświetlone budynki, może nawet kolorowe kredki pójdą w ruch. Słowem – Francja odpowie z całą stanowczością. Jak zawsze. Po jakimś czasie sprawa przyschnie. Dopóki znów coś nie pierdzielnie. Zresztą Holland już stwierdził, że trzeba się przyzwyczaić. No cóż, mi tam Francuzów nawet nie żal. Chcieli Maghrebu, mają Maghreb. Zastanawia mnie jedynie czy ktoś nie wyskoczy z zakazem używania ciężarówek. Poważnie.

Mam tylko nadzieję, że rykoszetem nie oberwie się nam. Wszak spęd w Krakowie coraz bliżej. Tak tak, już słyszę oświecone towarzystwo, że się przybyszów z Bliskiego Wschodu się nie boi, wszak to pokojowa brać – bardziej się obawia katolickich bojówek. Szkoda słów.

Bombowy lipiec

W zeszłym tygodniu chyba poszła przez Kraków jakaś wirusowa akcja – zapewne ustawiona przez jakiegoś śmieszka. “Znajoma znajomej mówiła, że pomogła nieznajomemu Arabowi a ten w podzięce ostrzegł ją żeby nie chodziła do galerii do końca tygodnia”. Taka sama miejska legenda jak historyjka o identycznym ostrzeżeniu przed zamachami w londyńskim metrze. Ciężko mi oszacować rozmiary zgrywy, ale skoro nawet do mnie w Katowicach dotarła to mogła być niemała.

Naturalnie ściema po całości – przecież wszyscy wiedzą, że zamachy będą dopiero w lipcu podczas Światowych Dni Młodzieży – i to akurat niestety nie jest już żart. O planach wysadzenia w powietrze tego i owego informują wszyscy – od naszych wojskowych, przez Europol i NATO, po CIA i ambasadę amerykańską to raczej nie ma co olewać sprawy.

Rzecz jasna rząd uspokaja, że wszystko jest pod kontrolą (bo i co innego ma mówić?) ale ani nie wierzę, że w ogóle interesują się tematem, zajęci partyjnymi przepychankami, ani tym bardziej, że taką imprezę w ogóle da się kontrolować. Choćby się nasze służby obsrały to nie ma siły, żeby zabezpieczyć taki tłum ludzi – zwłaszcza, że nawet nie potrzeba materiałów wybuchowych, żeby sobie ludzie krzywdę zrobili. Wystarczy petarda i hasło “bomba!” (albo jeden koleś strzelając choćby ślepakami) a rozbiegający się w panice tłum sam zacznie się tratować – tak jak ci Francuzi, którzy to chcieli pokazać jacy to nie są odważni.

Za dużo ludzi się zbierze w jednym miejscu, żeby dało się zapobiec poczynieniu przez jakiegoś opalonego chłopaka islamskiego wyznania wiary Allahu Akbar Kabum. Bądź wzbogaceniu kulturowym w iście paryskim stylu. Pomijam już nawet ewentualność zrobienia kuku za pomocą brudnej bomby, a takowa nie jest zerowa… tym bardziej, że tak duży spęd religii utożsamianej przez islamistów z podstawą zachodniej cywilizacji jest zbyt łakomym kęskiem, aby przejść obok niego obojętnie.

Najśmieszniejsze w całej sprawie, że po hipotetycznej zadymie na ulice wylegną krótko obcięci panowie o wyrazistych poglądach i zaczną spuszczać manto absolutnie każdemu o niewystarczająco jasnej karnacji – od Włochów i Dalamtyńczyków, przez kebabogennych Turków, po bogu ducha winnych Hindusów i Latynosów. Przy okazji oberwie się też pewnie wszystkim, którzy śmieli nie urodzić się w Polsce bądź nie do końca zgadzają się z metodami pracy antyislamskich patroli…

Słowem – wciory dostaną absolutnie wszyscy – tylko nie ci, którzy powinni – bo oni albo będę już wylegiwać dupy w ciepłym miejscu, otoczeniu swoimi wiecznymi dziewicami (znaczy w kotle ze smołą, otoczeni kumplami), bądź znajdą się gdzieś daleko poza zasięgiem umięśnionej ręki niosącej sprawiedliwość i wpierdol. Rzecz jasna taki obrót rzeczy będzie wodą na młyn wszelkiej maści kiciputkom, bojącym się polskich nazioli tak samo jak terrorystów nie mających nic wspólnego z islamem.

Obym się, cholera, mylił.

Symetria

Wszyscy chyba kojarzą ostatnią awanturę w kościele św. Anny, prawda? Śmieszna sprawa. Pozwoliłem sobie wrzucić link do jednego z lepszych momentów, o tu.

Skoro PiS doszedł do władzy to i mamy tradycyjną już chyba rozgrywkę o zatknięcie swojej flagi na szczycie tego pagórka, którego ani zaborcy, ani szwaby, ani sowieckie skurwysyny nie zdołali zaorać – ale po którym sami prawowici mieszkańcy ochoczo biegają ze szpadlami. Ustawa aborcyjna (bądź antyaborcyjna, jak kto woli) to, jak zauważyłem, taki wyznacznik kto trzyma resztę za mordę – jeśli komuś się uda znowelizować ustawę pod siebie – znaczy jest akurat na wozie. Stąd i obecna próba zaostrzenia przepisów. Chyba nie muszę dodawać, że życie i zdrowie samych kobiet oraz ich bardziej lub mniej chcianego potomstwa mało kogo w istocie obchodzi.

Z jednej strony mamy prawicowy beton, który za wszelką cenę chce narzucić wszystkim swoją wizję świata (“ja nie mam zamiaru to niech inni też się nie ważą!), słodko pierdząc o świętości życia poczętego (a jak już się urodzi to niech sobie radzi samo); z drugiej strony beton lewicowy, który – choć wg mnie ma rację w sprzeciwie – to w walce ucieka się do farsy rodem z Barei – czego dobrym przykładem jest obsobaczany film. Ponadto lewica lubi też uciekać się innych manipulacji – przede wszystkim do hiperbolizowania bądź przekłamywania projektu nowelizacji.

Tak więc z jednego narożnika dochodzą bajania o wsadzaniu do więzienia za poronienie (co jest mocnym przegięciem w świetle proponowanych przepisów), z drugiej silące się na stonowane argumentację głosy różnych gości niedzielnych mówiących, że chcą “jedynie wykluczyć możliwość prewencyjnego zabicia jednej osoby, by ratować drugą.”

Prawda, jak zawsze, leży zapewne gdzieś pośrodku. Szkopuł w tym, że już przepisy obecnej ustawy pozostają martwe – kto chce się pozbyć płodu ten idzie prywatnie do ginekologa świadczącego “pełen zakres usług” bądź inne “przywracanie cyklu”. Ot, i po kłopocie – oraz kilku bądź nawet kilkunastu stówach (nigdy się nie interesowałem dokładnie cennikiem więc nie doprecyzuję). Tym głębiej w grobie spoczną ewentualne nowe paragrafy. Dużo szumu praktycznie o nic. Choć fakt, że zgłaszalność gwałtów mogłaby spaść – choć o tym na szczęście chyba się nie przekonamy bo i sam rząd podchodzi do ustawy jak do jeża. Widać nawet w PiS mają trochę zdrowego rozsądku. Ptaszki ćwierkają, że sam Jarek postawił się biskupom.

Wracając do samej awantury – nigdy nie przestanie mnie śmieszyć symetria zagrywek po obu stronach barykady. Sam fakt, że ktoś się chce wpierniczać z butami w życie innych ludzi kwalifikuje się do kolonii karnej. Ale walka ze zjawiskiem poprzez urządzanie pożal się boże happeningów, które już na pierwszy rzut oka są marną manipulacją budzić może jedynie śmiech. Swoją drogą ludzie z ustawki mogli by się chociaż trochę postarać zamiast odstawiać cyrk nienoszący jakichkolwiek śladów dobrej gry aktorskiej. O braku choćby elementarnej charakteryzacji Pani Pańczyk nie wspomnę. Teraz się musi tłumaczyć Wyborcza za swoich, że to taki happening miał być tylko się uniosła jedna pani (bo pierwotnej wersji o oburzonych wiernych nawet ostatni baran nie kupił).

Vanitas vanitatum et omnia vanitas.

Paranoja

Właśnie natknąłem się na zabawny artykuł w “na temat” (tak to się pisze?) popełniony przez polonistkę-feministkę (jak sama się owa dzielna niewiasta określa) Agatę Komosę. Na tekst trafiłem przy okazji oglądania szwedzkiego eksperymentu pod tytułem “będziemy wyzywać bogu ducha winną dziewczynę i zobaczymy, jak przechodnie zareagują”. Oczywiście większość nagle zaczynała się niezmiernie interesować przestrzenią przed sobą, ewentualnie robili miny typu “zatroskany karp”, kilku dysydentów nawet próbowało łagodnie uspokoić agresora. Finałem eksperymentu był natomiast nasz rodak, który widząc inscenizację z miejsca złapał aktora za fraki i prawilnie huknął “co jest kurwa?!”. Po polsku, rzecz jasna. Ot, taki instynkt widać. Pomijając warstwę lingwistyczną, czyn wg mnie jak najbardziej prawidłowy. Na tym tle nie dziwią świeżo opublikowane dane Komisji Europejskiej plasujących Polskę na pierwszym miejscu w rankingu najbezpieczniejszych krajów dla kobiet w Europie (technicznie rzecz biorąc, na ostatnim w rankingu skali przemocy wobec kobiet).

A teraz wróćmy do naszej dzielnej polonistki-feministki. Pozwolę sobie skrócić argumentację Pani Agaty, która to szła następująco (argumentacja, nie Agata): no fajnie, że zareagował, ale…cóż za bulwersujący fakt, że oto Polak bezwiednie zaatakował agresora. W obcym kraju! I to jeszcze po polsku krzycząc! Co za wiocha! Jak można reagować agresją wobec agresji?! Przecież z tego mogłaby być jakaś awantura! Toż to przejaw kultury gwałtu w czystej postaci przecież!

Tak, dokładnie. Padło słynne “kultura gwałtu”.

“Ta siła złości, atawistyczna potrzeba wyżycia się, jest zawsze bronią obosieczną, bo jeśli to agresja jest pierwszą reakcją na zagrożenie, to będzie ona też pierwszym wyborem przy złości, rozczarowaniu czy lęku. A wtedy ofiarami mogą być ci, w których obronie nasz agresor stawał w przeszłości.”

Polecam zwłaszcza ostatnie zdanie cytatu. Innymi słowy – nie wolno nikogo zbyt zdecydowanie bronić, bo wtedy ofiarami mogą paść ludzie, których bronimy (fuck logic). Zamiast tego zdecydowanie lepiej jest “(…) oddzielić dziewczynę od napastnika, rozmawiać, uspokoić ją, odciągnąć jego.” (pisownia oryginalna… “odciągać jego”? serio? polonistka?)

Fakt, gwałt rodzi gwałt i lepiej nie wymachiwać pięściami zbyt szeroko. Kiedy to możliwe, powinno się stosować dyplomację. Zdaje się, że Pani Agata odznacza się wręcz skandynawską (nad)wrażliwością na wszelkie formy agresji. I tutaj pojawia się pewien drobny szkopuł. Pamiętacie o danych Komisji Europejskiej, które wspomniałem na początku? Tak się dziwnie składa, że na przeciwległym krańcu skali znajdują się właśnie kraje skandynawskie i Finlandia. (tak, wymieniam Finlandię osobno; nie, Finowie nie są skandywawami – etnicznie bliżej im do Węgrów.)

Tutaj dochodzimy do sedna problemu. Nasza cywilizacja… cóż… gdyby kultury można było personifikować, to Zachód byłby bogatą pizdą, która jedzie na odziedziczonym majątku (i teraz go trwoni bezmyślnie, dodam). Poniechanie agresji? Dobrze. Ale poniechanie wszelkiej agresji, włącznie – czy raczej przede wszystkim, z samoobroną? No to już przesada. Dwa posty temu pisałem, że każda dobra idea z czasem staje się własną karykaturą. Besztany artykuł jest tego najlepszym przykładem. Stop agresji – wszelkiej! Nawet kiedy ktoś nas wali po ryju należy się próbować dogadać – nie daj boże oddać! Jakiś chojrak atakuje słabszego? Uprzejmie go uspokajać. Broń boże przywalić agresorowi! A potem mamy takie kwiatki jak orzecznictwo stojące po stronie przestępców. (Niedoszła) ofiara zbyt zdecydowanie się broniła? Wsadzić do więzienia!

Zachodnie społeczeństwa żyją jak pączki w maśle i chyba już nie potrafią sobie wyobrazić realnego zagrożenia, na które należałoby ostro reagować. Kiedy pojawia się realna, fizyczna agresja – stają się bezradne i zwyczajnie się gubią. Tutaj fajnym przykładem będzie duńska nastolatka, która ośmieliła się użyć gazu pieprzowego broniąc się przed gwałtem (ot, “uchodźca” próbował poderwać w końskim stylu, takie “ubogacanie” kulturowe). Zgadnijcie, kogo sąd chciał ukarać. Tak, nastolatkę. Gaz pieprzowy jest w Danii klasyfikowany jako broń – a bronią można zrobić krzywdę – więc należy tego zakazać. Trzymajcie mnie. Nie jestem fanem USA, ale jedno trzeba Jankesom szczerze oddać – jak ktoś do ciebie skacze z bronią, to możesz agresora zastrzelić na miejscu i nikt cię do ciupy wsadzić chciał nie będzie. Policja tylko sprawdzi, czy rany wylotowe są po właściwej stronie denata i spyta, czy wszystko już ok i czy nie potrzebujesz w czymś pomocy. Nie do pomyślenia do zapyziałej Europie…

Na koniec mocno przerysowany eksperyment myślowy z percepcji społecznej. Wprowadzenie: jakiś pajac do mnie skacze z mordą i pięściami więc daję mu po zębach i mam święty spokój (zakładając, że trafi mi się w ciupie spokojna cela). Dwie równorzędne jednostki, naturalna reakcja, bum bum, kultura gwałtu, kurtyna opada. Nie ma nad czym się rozwodzić. Teraz wyobraźmy sobie, że z pięściami skacze do mnie feministka. (bez dochodzenia genezy sytuacji, po prostu taka akcja) Daję wrednej babie po ryju, tak samo, jak dałem jej męskiemu poprzednikowi. I tutaj pojawia się pole do rozważań:

Czy lejąc kobietę uskuteczniam znęcanie się nad słabszymi (za co powinna mnie spotkać chłosta)? Tutaj problemem jest propagowany przez feministki postulat wszelkiej i doskonałej równości płci (który to, jak wszyscy wiemy, jest fałszywy; wszak kobiety są lepsze pod każdym względem). Skoro kobiet jednak nie wolno bić to postulat jest fałszywy, ergo – feminizm to stek bzdur.

Czy może daję w taki sposób wyraz swojej głębokiej wierze w faktyczne równouprawnienie, za co bezzębna już feministka powinna mi podziękować, czołgając się po podłodze?

 

Wesołego Nowego Roku

Odkąd PiS wygrał wybory, staram się nie zaglądać zbyt często na serwisy informacyjne. Tak dla zachowania zdrowia psychicznego. Czasem lepiej żyć w nieświadomości. Niestety nawet tak indukowany błogostan nie może trwać wiecznie, zawsze człowiek coś zasłyszy, coś przypadkiem przeczyta — nawet jeśli usilnie stara się jedynie oglądać obrazki. A i niestety jest sporo tego. Oczywiście wszystko, co się dzieje — dzieje się w oparach absurdu.

Pierwsza konkluzja. Wiecie, czym się różni PO od PiS?

W sumie to chyba tylko tym, że PO ma za sobą media. Oraz kumpli w Brukseli. Pozostałe różnice to kosmetyka. Choć miejscami kosmetyka dość egzotyczna bez wątpienia. Zwłaszcza w miejscach, gdzie PiS pudruje zmarszczki kosmetykami produkowanymi przez Braci Kapucynów. Ostatecznie PiS nie robi niczego, czego wcześniej nie robiła Platforma, tylko styl nieco inny. Co nie znaczy mniej bezczelny.

Odnośnie mediów właśnie — PiS przystąpiło do czystek w TVP. Każdy przytomny człowiek wiedział już pół roku temu, że polecą głowy. Zwłaszcza pracownicy telewizji wiedzieli, co się będzie dziać — część z nich została zatrudniona w „publicznej” w miejsce reporterów swego czasu wylanych równie bezceremonialnie przez PO. Zwycięzca bierze wszystko — taka już tradycja — ale wszyscy teatralnie załamują ręce.

PiS bez żenady argumentuje zwolnienia względami politycznymi. Jak nie walką z „oficerami politycznymi PO” to z dziećmi komunistycznych klanów bądź „obroną chrześcijańskich wartości”. O tyle to śmieszne, że w samym PiS roi się od byłych aparatczyków PZPR, a jeden z nowych szefów TVP jest rozwodnikiem. Bzykającym na boku asystentkę — zanim został rozwodnikiem.

Żeby było zabawniej, to TVP Kultura została objęta przez pewnego pana z Frondy. Kto nie zna portalu, temu polecam. Jeden z najlepszych serwisów satyrycznych w polskim internecie.

Absurdalne? To popatrzcie jeszcze na to: Unia się burzy i chce nakładać sankcji na Polskę za ręczne sterowanie mediami. O tyle to śmieszne, że Bruksela i Berlin same cenzurują wszystko, co nie przedstawia imigrantów w najlepszym świetle. Na czele z próbą wytłumienia zajść w Kolonii. O krążącym po necie wesołym piśmie zabraniającym poszkodowanym kobietom kontaktowania się z mediami nie wspomnę. Niemieccy policjanci też chlapnęli ostatnio to i owo. Swoją drogą — coś mi się nie uśmiecha mieszanie się Niemców w polskie sprawy wewnętrzne.

Na marginesie — czy ktokolwiek ma złudzenia, że europejscy włodarze tupaliby nogami, gdyby to ich przydupasy z PO robiły teraz czystki zamiast otwarcie buntujący się PiSowcy?

Skoro mowa o śmiesznych rzeczach — niezmiernie bawi mnie również Komitet (pożal się Boże) Obrońców Demokracji. Hmm… ciekawe gdzie KOD był, kiedy PO robiło skok na kasę z funduszów emerytalnych — kasę potrzebną do załatania budżetu na tyle, żeby dług publiczny nie przekroczył drugiego konstytucyjnego progu ostrożnościowego. Pierwszy wcześniej został przez PO bezczelnie uchylony… Nie no, full legal.

No ale wtedy media nie trąbiły o zamachu na demokrację w każdej audycji. Dopiero teraz nonkonformistyczne, krytycznie myślące, samodzielnie analizujące fakty towarzystwo ruszyło. Wszyscy z dziwnie identycznymi transparentami, prowadzeni przez nieznanego wcześniej Petru oraz znanego ze swojej opinii o Polakach Lisa (kto wie, o co chodzi, ten wie; reszta niech maszeruje dalej).

O wprowadzeniu przez PO innych demokratycznych ułatwień życia nie wspomnę. Nie będę więc mówił o cichaczem przepchniętej opłacie zapasowej (kiedy ropa zaczęła za bardzo tanieć), „tymczasowej” podwyżce VAT czy zamrożeniu waloryzacji kwoty wolnej od podatku. Swoją drogą to Tusk wiedział, co robi, okradając ludzi z funduszy. Następny po nim rząd (znaczy obecny) będzie miał nieźle przerąbane, kiedy budżet się posypie i bez zmiany Konstytucji nie uda się już wymigać od bolesnych reform. A te zostaną wymuszone przez samą ustawę zasadniczą, kiedy dług urośnie za bardzo. Donald i spółka będzie mógł wrócić jako zbawca. Well played.

Inna sprawa, że obecny rząd sam sobie kopie głęboki grób, radośnie zwiększając wydatki budżetowe. Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że Kaczyński skupi się na walce z gender, rowerzystami i wegetarianami — dzięki czemu odwali się od gospodarki. Niestety widzę, że nadzieje płonne się okazały, albowiem w swoim socjalizmie PiS godnie i z dokładką zastępuje SLD, świeć Panie nad jej duszą (najlepiej świecą dymną).

500 monet na dziecko. Zdawało się to hasłem na miarę trzech milionów mieszkań. Cóż, po raz pierwszy w życiu przeklinam rząd za realizację obietnic wyborczych. Wprawdzie przekłamanych, bo miało to być początkowo 500 zł na każde dziecko, a potem się okazało, że to na drugie i kolejne. Mały przejaw trzeźwości w szaleństwie. Swoją drogą zawsze mnie zastanawiało, czemu przy okazji różnorakiego becikowego nikt nie wpadnie na pomysł, żeby jakąś kwotę po prostu pozwolić odpisać od podatku, zamiast przepuszczać przez biurokrację. Wszyscy chyba wiemy, jak efektywna jest ta machina do utylizacji kasy. No ale… ograniczenie biurokracji skutkowałoby mniejszą ilością głosów z budżetówki.

Chyba jedyne, co w miarę obecny rząd ogarnia, to nałożenie na zagraniczne firmy podatków od obrotu. Hipermarkety deklarują rentowność na poziomie paru promili, w rzeczywistości cały dochód jest transferowany do macierzystych spółek za granicą. Urząd Skarbowy się do nich nie dobierze, bo wielkie firmy mają armie prawników i finansistów broniących koncerny przed kontrolami, w praktyce więc fiskus nawet nie próbuje się na nie zasadzać. Zamiast tego potrafi dokładnie prześwietlić sprzedawcę pieczarek z bazaru na obrzeżach Kaczych Dołów Mniejszych. To jest przestępca podatkowy na miarę US.

Tak, tak, już słyszę Petru gaworzącego o wzroście cen w marketach. Cóż, coś za coś. Inna sprawa, że podwyżki cen udałoby się uniknąć zmniejszając VAT, jak to niby zapowiadano… no ale przecież takie bajery by tylko sklepikarzom pomogły, prawda? Tak samo nie ma co podnosić kwoty wolnej od podatku. Ot, logika. Cóż, Polakowi zawsze wiatr w oczy, kłody pod nogi i chuj w dupę. Sami sobie zgotowaliśmy ten los.

Macierewicz na czele MON to osobna kwestia. Miesięcznice smoleńskie… poważnie? A jeśli wierzyć „NaTemat” to nowy szef ministerstwa zwolnił jednego z oficerów kontrwywiadu, ponieważ ten pracował w Afganistanie, kiedy Lech się rozbił — ergo, katastrofa winą oficera. Wesoło.

Choć tutaj trzeba oddać facetowi, że akurat próba dostania od Amerykanów broni jądrowej było nie najgorszym posunięciem. W geopolityce jak na bazarze — im wyższą cenę podasz na dzień dobry, tym więcej ugrasz. A akurat broń jest nam potrzebna. …taa już widzę pacyfistyczne olaboga wznoszące się ku niebiosom. Cóż, misie kolorowe — si vis pacem, para bellum. Od czasów rzymskich nic się nie zmieniło, niezależnie co się komu marzy. Byle jeszcze MON nie utrącił tworzenia obrony terytorialnej — choć akurat w taki obrót sprawy wątpię. Uczciwie trzeba Macierewiczowi oddać, że to dzięki niemu mamy GROM, mało więc prawdopodobne coby nowy szef uwalił wzmacnianie wojska. Summa summarum, gdyby Macierewicz nie miał takiej obsesji na punkcie Smoleńska, to mógłby nawet nie być taki zły…

Taka ciekawostka — moim zdaniem dowody na aktywny udział Rosjan w katastrofie nagle znalazłby się, gdyby Polska zaczęła się dogadywać z Kremlem. Póki sami trzymamy się z daleka od Putina, nikt nie musi nas przekonywać do współpracy z USA. Ale jakby tak Warszawa zaczęła serio myśleć o zmianie frontu… oj, to by się nagle tyle powodów znalazła na zaniechanie jakichkolwiek układów… i pewnie nawet z offsetu do F-16 by się Jankesi zaczęli wywiązywać.

Wracając do spraw wewnętrznych — najzabawniejsze wydaje mi się, że najbardziej merytoryczną partią obecnie jest Kukiz i spółka. Myślałem, że skończy się jak z Beppe Grillo, ale widzę, że jednak starają się chłopaki. Jako opozycja są aktywni w Sejmie — daleko bardziej niż kreująca się na lidera świętego oburzenia nowoczesna. Posłowie z tej partii chyba najczęściej też gadają do rzeczy; może dlatego, że nie są politykami?

Ostatnia sprawa to Duda. Szczerze — dla mnie wydaje się w porządku. Przed wyborami uważałem go za królika wyjętego z kapelusza — i poniekąd takowym był, ale nieźle się sprawuje jako prezydent. Dobrze, że facet rozumie wagę dobrych stosunków z Chinami. Poza tym nie kojarzę, żeby zaliczył dotąd jakaś wpadkę dyplomatyczną… i chyba nawet go sobie nie wyobrażam stojącego na krześle w parlamencie. Albo zataczającego się przez jakąś egzotyczną chorobę. Bądź gadającego po polskiemu. Mógłbym zaryzykować stwierdzenie, że szykuje się najlepszy prezydent, jakiego dotąd mieliśmy. Chyba się starzeję, skoro nawet w PiSie potrafię dostrzec jakieś pozytywy.

MAŁA AKTUALIZACJA: chyba trochę za szybko wysforowałem z opinią, że PO od PiS różni się jedynie poparciem mediów. PO, co by o nich nie powiedzieć, nie urządzało konferencyjnych pogadanek o e-podręcznikach wprowadzających gender, okultyzm, wróżbiarstwo i nieposłuszeństwo…

Lewactwo

“Kto nie był socjalistą za młodu, ten na starość będzie skurwysynem…”

Człowiek dorastając widzi sporo nieprawidłowości, wypaczeń i zwykłego skurwysyństwa wszędzie dookoła. Z każdym rokiem coraz więcej. Dlatego też każdy, kto poza oczami ma jeszcze trochę wrażliwości nie godzi się na taki stan rzeczy i chce coś zmienić. Stąd subkultury, organizacje młodzieżowe różnego typu i generalnie wszystko co pozwala młodym oddzielić się jakąś wirtualną granicą od reszty parszywego świata. Mechanizm tak stary jak sama ludzkość – jeśli nie starszy. Nasze plemię zawsze będzie lepsze od reszty, która zatraciła się w stagnacji, konformizmie i rezygnacji.

Na świecie było, jest i zapewne będzie jeszcze długo wiele niesprawiedliwości. Jest też niezgoda na taki stan rzeczy. Każdy, kto nie ma piekarnika zamiast serca będzie marzył o sprawiedliwym świecie – i na swój sposób o taki walczył. Tutaj też znajduje się rodowód ruchów socjalistycznych i ich popularności – wśród młodych ludzi zwłaszcza.

Wrzucanie wszystkich do jednego worka to niesprawiedliwość. Każda myśląca osoba słusznie czuje, że stwierdzenia iż przykładowo każdy czarny to złodziej albo każdy Włoch to leń są grubym przegięciem. Ludzie są ludźmi, większość nie jest z natury zła – wszędzie znajdzie się jakiś wredny typ. Stąd niezgoda na uprzedzenia wynikające ze stereotypów.

Nikt nie powinien również wpierdzielać się z butami do naszego życia – czy to sąsiad, czy to ksiądz, czy to państwo, czy to wreszcie nasi rodzice – rzecz jasna chcący dla nas jak najlepiej. Stąd też niezgoda na indoktrynację od małego, niezgoda na kontrolę z zewnątrz bądź innego rodzaju próby upchnięcia każdego do szeregu.

Bieda też nie pozostaje nikomu obojętna, każdy chciałby móc spojrzeć w oczy drugiego człowieka i nie widzieć znamion rozpaczliwej walki o przetrwanie. Stąd też społeczna aprobata dla państwowej opieki nad biednymi, stąd inicjatywy mające na celu poprawę losu pokrzywdzonych.

Wiara w sprawiedliwość, wiara w ludzi i zaufanie do nich – absolutne podstawy socjalizmu – to bezwzględnie dobre rzeczy.
I jak ze wszystkimi dobrymi rzeczami – nie wolno z nimi przesadzać.

“…ale kto na starość socjalistą pozostał, ten jest po prostu głupi.”

Każda piękna idea pozostawiona sama sobie na zbyt długo staje się w końcu swoją własną karykaturą. Historia pokazuje, że każda próba stworzenia utopii kończyła się antyutopią. Im piękniejszy z założenia system tym więcej zła przynosił. Próba stworzenia utopii dla Niemców zrodziło nazizm. Piękne idee komunizmu zrodziły krwawe potwory ZSRR (20 mln) i ChRL (65 mln); Czerwoni Khmerowie, kubański reżym, Korea Północna to tylko kolejne przykłady.

Postępujące wypaczenie tyczy się też bardziej przyziemnych zjawisk. Chęć oddzielenia się do konformistycznej większości prowadzi do wytworzenia własnych kodów i konformizmów w rzekomo nonkonformistycznych subkulturach. Jakimś dziwnym trafem każdy pozna kontestującego popkulturę rastafarianina, punka, metala czy innego gotha. O pardon, gotyka.
Prezentacja poglądów odstających od “obowiązujących” w danej grupie też szybko doprowadzą do wykluczenia takiej… ekhm czarnej owcy. Co wcześniej czy później skończy się wyodrębnieniem kolejnej sub-subkultury – najpewniej w pracy magisterskiej jakiegoś kulturoznawcy. Oczywiście rzeczona sub-subkultura też będzie miała swój względnie utarty kod. A niech się ktoś z niego wyłamie…

Niezgoda na wrzucanie wszystkich do jednego worka przechodzi w dość śmieszną (choć niekoniecznie zabawną – jeśli ktoś łapie różnicę) manierę nabierania wody w usta kiedy przedstawiciel jakiejś mniejszości dopuście się czegoś nie halo. Przecież nie można powiedzieć, że Cygan ukradł komuś rower – wszak to powielanie stereotypów, rasizm, ksenofobia i olaboga. Najlepiej, żeby taki wypowiedzi były zakazane przez prawo – nie może być zgody na szerzenie nienawiści. Za to jak najbardziej na miejscu jest pokazywanie (a najlepiej wyolbrzymianie) win własnej grupy. Ponadto przybyszom należy pomagać bo to dobrzy ludzie przecież a jak się jakiś zły trafi – cóż, wszędzie się znajdą jacyś. Tylko statystyki gwałtów w Szwecji jakoś dziwnie wyglądają kiedy się popatrzy na pochodzenie przestępców.

Nikt nie wrzuci drobnych żebrakowi wygrzebując je uprzednio z kieszeni kolegi. Ale redystrybucja środków idących z podatków jest już bardziej bezosobowa więc łatwo przyklasnąć becikowemu, budowie trzech milionów mieszkań i darmowego wszystkiego dla wszystkich.

Wiara w dobro i sprawiedliwość, zaufanie i empatię – to wiara jak każda inna – i może zostać wypaczona jak każda inna, powielając grzechy każdej religii – z zaślepieniem na czele. Jest takie powiedzenie o religii, że głupcy mają ją za prawdziwą, mędrcy za fałszywą a rządzący – za użyteczną.

Ludzie o lewicowych poglądach to oczywiście dobrzy ludzie z dobrymi chęciami. Pamiętajmy jednak zawsze, że pewien doświadczony przez życie artysta, wrażliwy na cierpienie zwierząt, zajadający się czekoladą wegetarianin też chciał dobrze – siedemdziesiąt lat temu.

Desant

Imigranci, azylanci, migranci, uchodźcy. Wszędzie i na okrągło. Otwieram losowy portal – imigranci. Zaglądam na kwejki – imigranci. Przysłuchuję się rozmowie kole… pardon, znajomych z pracy – też imigranci. Boję się otwierać konserw.

Przy takim natężeniu tematu musiałbym być sadystą żeby dołączać się do chóru. Ale jak wszyscy wiecie – jestem sadystą – więc dorzucę swoje trzy grosze.

Pierwsza sprawa – media bardzo lubią używać określenia “uchodźcy”, czasem zamieniając je na “azylanci”. Słyszałem nawet głosy domagające się by zaprzestać nazywania rzeczonych nielegalnymi imigrantami. Bo to stygmatyzuje i poczują się obrażani. W sumie bezpodstawnie – chłopaki i tak nie znają żadnego europejskiego języka więc nie mogą się obrazić skoro nie wiedzą czy ich ktoś wyzywa czy prawi komplementy – tak jak to na granicy austriackiej było kiedy tubylcy wyraźnie przez megafony oznajmiali barwnemu tłumowi, że może iść dalej – niestety nikt tam nie rozumiał języka germańskich żywicieli więc przybysze dalej robili rozróbę wywarzając otwarte drzwi.

Uchodźcy – wszędzie i zawsze – to głównie kobiety i dzieci, trochę starców, a jeśli są wśród nich młodzi mężczyźni to najczęściej są ojcami. Tymczasem to co się wlewa do Europy w żaden sposób do schematu nie pasuje. Jak podaje Eurostat młodzi mężczyźni stanowią 85% migrantów. Wychodzi więc na to, że prawdziwi uchodźcy zostali w Turcji i najbliższej swojej okolicy, gdzie znaleźli schronienie. O ile w ogóle nie zostały porzucone w Syrii, rzecz jasna. Brzydka prawda jest taka, że rozróbę na Węgrzech robią migranci ekonomiczni….

…o ile tak się da nazwać ludzi, którzy chcą po prostu dostawać kasę za to, że są. Tak się składa, że np. w Brytanii ponad połowa muzułmanów jest bez pracy a we Francji całe dzielnice miast są zamienione w getta, w których szaleje bezrobocie. I tutaj mowa o ludziach generalnie znających język kraju, w którym żyją – często już drugie pokolenie. Imigranci przedzierający się przez Bałkany nawet tej kompetencji nie posiadają – za to mają spore oczekiwania względem tego co im się należy. Kanapki w koszu i darowane jedzenia wyrzucane na tory nieźle obrazują wysokość oczekiwań.

Tak tak, już słyszę, że to propaganda prawaków, faszystów i temu podobne. I tak – na pewno ekstrapolowanie opinii na całą falę jest niesprawiedliwe. Ale jest mały szkopuł – akurat te nieładne obrazy nie mogą zostać posądzone o fałsz – debatować można jedynie nad rozmiarem zjawiska. Po drugiej stronie media pokazują natomiast biedne kobiety i dzieci z zapłakanymi oczami. Oraz mężczyzn, z którymi dziwnym trafem akurat da się dogadać. Jak już wspomniałem – 85% imigrantów to faceci w wieku poborowym – co za tym idzie reportaż pokazujący o wiele bardziej wyrównane proporcje może budzić pewną dozę nieufności… a jak jeszcze reporterka swobodnie rozmawia po angielsku z imigrantami to już zupełnie można się utwierdzić w przekonaniu, że ktoś tu kogoś robi w bambuko. I bynajmniej nie amatorzy wrzucający do sieci filmy typu “właśnie przechodziłem koło głośnej wycieczki i nie było to przyjemne”.

Znamienne, że nawet ludzie, których ciężko byłoby posądzić o nietolerancję nabierają nagle sporej rezerwy (delikatnie ujmując) do migrantów po bezpośrednim spotkaniu z owymi. Tekst tęczowego turysty opisującego przygody na granicy austriackiej znają chyba wszyscy więc nawet nie będę cytował. W wielkim skrócie: chłopak myślał, że migranci to biedni ludzie warci empatii a wyszło, że zjawisko ociera się raczej o zoologię niż kwestie humanitarne. Przy okazji – z imigrantami jest chyba trochę jak z Rosją – Matuszka jest tym fajniejsza im dalej od ankietowanego leży. Stąd też łatwo manipulować ludźmi o dobrym sercu, którzy zwyczajnie nie wierzą, że całe masy ludzi mogą być tak zbydlęcone. Wychowani w ciepłym, dostatnim, bezpiecznym otoczeniu hodują w sobie przeświadczenia, że ludzie wszędzie są dobrzy i mili. A potem mamy takie kwiatki jak lewicowe działaczki pomagające jak mogą a w nagrodę będące potem brutalnie gwałcone i mordowane. Dogmatyzm widać nie jest domeną tylko religii.

Jeszcze wracając do dzieci na pierwszym planie. Dziś się przewinęło przez net zdjęcie hien dziennikarskich układających ciało na plaży tak żeby kadr wyglądał bardziej dramatycznie. I to chyba jest najlepsze streszczenie działalności mediów – żerowanie na jednostkowych tragediach i przedstawianie ich jako losu tysięcy. Czysta definicja propagandy.

Mały nie żyje – fakt. Tylko dlaczego i z czyjej winy? Zapewne niedostateczna pomoc okazywana imigrantom zapewne jest główną przyczyną. Cóż… śmiem zaprzeczyć takiej tezie. Dlaczego rodzice emigrowali? Bo wojna, wiem. Jaka wojna? Domowa. A dlaczego nie zostali w bezpiecznym miejscu (tj. w Turcji) tylko pchali się do Europy przez morze? Bo ktoś im wmówił, że tutaj będzie raj na ziemi – tak samo jak wszystkim imigrantom, zdaje się. Wg mnie wina rozkłada się na rodziców (czy raczej ojca bo islamskie kobiety wiele do gadania nie mają) oraz na propagandę, która przedstawia Niemcy jako kraj mlekiem i miodem płynący. Kraj, do którego trzeba płynąć bez względu na wszystko.

Najgorsze jest to, że takich dzieci będzie więcej skoro Europa praktycznie bez przeszkód przyjmuje imigrantów. Będzie ich tylko coraz więcej. Stąd też beznadzieja pomysłu lokowania przybyszów po wszystkich krajach Europy. Pomijając kwestię zamachu na suwerenność to taka akcja jest niczym innym jak gaszenia ognia benzyną. A przypominam, że idzie zima – coś, czego w Syrii nie znają. To dopiero będzie katastrofa humanitarna. Mogę tylko pogratulować wyobraźni wszystkim wspierającym ten marsz.

Co do samej kwestii przyjmowania przez Polskę “uchodźców”, którzy i tak zwieją przy pierwszej okazji do Niemiec – sam fakt, że ⅔ Polaków jest przeciwnych akcji powinien uciąć zakusy polityków. Jeżeli ktoś chce pomagać imigrantom to droga wolna – niech im pomagają. Na własną rękę. Nikt nikomu nie broni się zorganizować i zrobić zbiórkę, zaprosić ludzi do ośrodków opłaconych przez wolontariuszy czy nawet pod własny dach – rzecz jasna utrzymywać ich później ze swoich pieniędzy. Od moich podatków niech się wszyscy odwalą, dość ich już jest marnotrawionych przez post-peerelowski aparat państwowy. Jestem bez serca? Być może, ale obawiam się, że mam zbyt dużo racjonalnych podstaw do takiego nastawiania. Całkowicie pomijam sam fakt, że zwyczajnie nie mam obowiązku się nikomu spowiadać dlaczego nie chcę zgrywać bohatera we własnym domu.

Zwolennicy przyjmowania imigrantów podnoszą kilka kwestii. Pierwszą jest odpowiedzialność i solidarność europejska. Solidarność z miejsca można wyśmiać przytaczając choćby jak bardzo solidarna z nami była Bruksela w kwestii rosyjskich sankcji. “Solidarność” to w ogóle fajny wytrych kiedy trzeba wyrzucić tyle gówna od siebie ile tylko się da. Kiedy owa solidarność nakazywałaby rozrzuć trochę czyjegoś nawozu we własnym ogródku to nagle okazuje się, że każdy sobie rzepkę skrobie.

Odpowiedzialność Polski też jest wyssana z palca. Przypominam, że fala migrantów pochodzi z syryjskiej wojny domowej, w której Polska nie maczała palców – oraz ze zdestabilizowanej Libii, w kierunku której też palcem nie kiwnęliśmy. Kadafi zresztą ostrzegał, że w razie upadku jego reżimu taka inwazja będzie miała miejsce. No ale – Sarkozy za dużo kasy mu wisiał żeby ot tak po prostu oddać skoro mógł się pozbyć wierzyciela. Wystarczyło poopowiadać trochę o wspieraniu Libijczyków walczących do ostatniej kropli krwi za miłość, wolność i pokój – i bach – mamy trupa w kanale. Cały nieludzki reżim w pizdu i dług też w pizdu. Z burdelem niech sobie radzą ci śmieszni, biedni ludzie.

Dobrzy ludzie podnoszą też często, że winniśmy się odwdzięczyć za pomocą, jaką Iran okazał polskim uchodźcom podczas drugiej wojny światowej (uchodźcom prawdziwym – jeden mężczyzna na trzy kobiety i dzieci) a wszystkich, którzy kręcą nosem nazywają ignorantami. Otóż na ignorantów wychodzą właśnie tacy zbawcy świata. Raz, że wśród migrantów zwyczajnie nie ma Persów, dwa, że Iran nie pomógł z własnej woli – był wtedy brytyjskim protektoratem a Polacy znaleźli się tam na mocy umowy polsko-angielsko-rosyjskiej. Za pomoc zapłacił zresztą polski rząd. Dziękuję za uwagę, tyle w tej kwestii, zamykam wątek.

Oczywiście naczelnym argumentem jest to, że możemy się odwracać plecami od ludzkiej tragedii. Otóż możemy bo to nie tragedia tylko emigracja ekonomiczna – i nic innego. Tragedie są generowane dopiero po drodze – a jeszcze większe będą się działy w przyszłości. W najbliższej – kiedy zrobi się zimno. Znacznie większe będą miały miejsce znacznie później – kiedy migranci już osiądą w upragnionych Niemczech i okaże się, że zamiast obiecywanego koksu, dziwek i dolarów są chuj, dupa i kamieni kupa. Zasiłki nie takie wysokie, pracodawcy nie tacy skorzy do zatrudniania kiszących się we własnym sosie migrantów a z luźmi na miejscu i tak nie idzie się dogadać. Jakby tego było mało to jeszcze wszyscy dookoła obrażają Allaha na każdym kroku – od bezczelnie jedzonych kanapek z szynką, przez parady równości po kobiety ubierające się jak dziwki – do tego, o zgrozo, nie dające na prawo i lewo każdemu chętnemu (co za niesprawiedliwość – a z niesprawiedliwością trzeba walczyć). O pechowcach, którzy jednak trafią do Polski nawet nie wspomnę; nie dość, że zasiłku nawet na waciki nie starczy (o znalezieniu pracy nie wspomnę, nawet miejscowi nie mają) to jeszcze można dostać w ryj za krzywe spojrzenie się. Nawet Wyborcza nic nie pomoże opisując brutalne pobicie biednego uchodźcy przez polskich faszystowskich nazistów (Michnik przy tym przezornie wyłączy możliwość dodawania komentarzy pod artykułem).

Koniec końców dobre chęci osiedlą w Europie pokaźną grupę wykluczonych ludzi bez perspektyw, nie mających nic poza poczuciem krzywdy i własną religią. Świetna pożywka dla salafitów. Jakby mało było, że pośród migrantów przemyca się w ogólnych chaosie bojowników ISIS. W takim mikroklimacie Charlie Hedbo zyska miano imprezy cyklicznej. I mam nieprzyjemne wrażenie, że o to chodzi tak naprawdę. To, że popieprzeńcy z IS szukają drogi żeby uciąć parę głów w Europie tajemnicą dla nikogo nie jest i nikt o zdrowych zmysłach faktu negować nie będzie.

Destabilizacja Niemiec (i całej Unii za tym) jest na rękę chyba wszystkim. Parę zamachów w sercu Europy da Amerykanom zdecydowanych sojuszników chcących ukręcić łby ISIS, która to póki co dzielnie robi podkład pod przyszłą interwencję wyzwalającą region od zła, nienawiści i nadmiaru ropy. Rewelacje austriackiego wywiadu, który donosi o finansowanie migracji częściowo przez USA potwierdzałoby hipotezę. Turcji (wspierającej ISIS) afera też się opłaca – w końcu może się pozbyć uchodźców ze swojego terenu, dodatkowo kurz spod butów migrantów skutecznie odwraca uwagę od tureckich nalotów na Kurdów; ewentualny skok Erdoğana na stanowisko dożywotniego sułtana Turcji też przejdzie raczej bez większej uwagi z Zachodu kiedy ten będzie zajęty bajzlem na własnym podwórku. Saudyjczycy nie przyjęli ani jednego uchodźcy (jak wszystkie inne bogate państwa Bliskiego Wschodu) za to zadeklarowali się, że chętnie zafundują budowę dwustu meczetów w Europie żeby biedacy nie czuli się obco. Mokre sny Saudów o podboju też nie są chyba dla nikogo tajemnicą – im więcej muzułmanów w Europie tym weselsi szejkowie. A jeśli traktować poważnie pewną analizę wierzeń islamistów to i sami porąbańcy od wielkiego pedofila bardzo chętnie by widzieli zachodnie wojska na swojej ziemi. Ponoć wg jakiejś przepowiedni tak się ma dopełnić walka o opanowanie świata przez Islam czy coś w ten deseń. Aha, no i oczywiście stara dobra Matuszka Rosija rada będzie widzieć pooraną Europę. W skrócie – układ win-win dla wszystkich. No, poza nami.

Jest takie chińskie powiedzenie… czy klątwa raczej – “obyś żył w ciekawych czasach”. Chyba pora zapisać się na strzelnicę w końcu bo coś mi się widzi, że owe ciekawe czasu pukają do drzwi rękami nachodźców.

Gdyby mi się tak chciało jak mi się nie chce…

Oby mi się tak chciało jak mi się nie chce. Znacie to? Pewnie nie bardziej niż ja. Dzisiaj o czymś przeciwnym w takim razie. Od jakiegoś czasu nosiłem się z jednym tematem, o dziwo bez narzekania na czym świat stoi – wręcz przeciwnie – tekst o promyku nadziei na lepsze jutro. Tym promykiem jest koleś, któremu tak się chce jak nam nie.

Elon Musk – kojarzycie faceta? Każdy, kto się choć lekko orientuje we współczenych przedwsięwzięciach technicznych na pewno kojarzy. Reszta ludzi, nawet jeżeli nazwisko nic im nie mówi i tak miało z jego działalnością do czynienia. Na marginesie – krążą słuchy, że Musk był inspiracją dla Marvela przy pisa… rysowa… tworzenia postaci Iron Mana. Cóż, nie od dziś wiadomo, że pieniące są jedną z lepszych supermocy. Ale po kolei.

PayPal – to znają chyba wszyscy. Tak się składa, że Elon jest jednym z współtwórców serwisu. Jaki koń, każdy widzi, pożyteczna rzecz. Ale nie tym chciałem. U mnie Musk plusuje innymi projektami: Space X, Tesla Motors i Hyperloop. Tak – to wszystko ogarnia jedna osoba (i nie tylko to). I dla pełnej jasności – facet jest nie tylko szefem biznesowym – w Space X jest też dyrektorem technicznym. Przedsiębiorca skończył fizykę na Uniwersytecie Pensylwanii – stąd też zapewne zamiast pić na imprezach Elon trzyma nos w instrukcjach kosmodromów. To nie żart. Na jednej z imprez u szefa Google (na marginesie – jego dobrego znajomego) Elon zajmował się lekturą dokumentacji ruskiej rakiety. Wystrzałowy facet, co?

Celem założonej w 2002 Space X jest znaczne obniżenie kosztów lotów w kosmos – z czym firma całkiem nieźle sobie radzi, co doceniła m.in. NASA kontraktując z Muskiem zaopatrywanie ISS. Oczywiście zdarzają się wypadki przy pracy, np. dość szerokim echem odbiło się nieudane pionowe lądowanie rakiety na barce (swoją drogą, żadna rządowa agencja nigdy nawet nie myślała o pionowym lądowaniu), ostatnio też głośno było o wybuchu kolejnej rakiety zaraz po starcie – tutaj już się pojawiłu w sieci teorie spiskowe jakoby rząd za bardzo kręcił nosem na sukcesy prywatnej agencji i chciał utrzeć nosa Elonowi. Teorie wyssane z palca, rzecz jasna ale pokazują jakim fenomenem stała się firma.Tak czy inaczej Space X daje radę i pomimo potknięć przed do przodu. Czy raczej pnie się w górę, wpisując się przy tym w prężnie ostatnio rozwijającą się branżę prywatnych agencji kosmicznych, które zaczynają powoli wypierać agencje rządowe – a przy tym działają nieporównywalnie bardziej efektywnie. W sumie ładny pstryczek w nos pod adresem publicznych instytucji. (Choć swoją drogą – kto rozsądny podejrzewałby organizacje finansowane z podatków o racjonalne zarządzanie?)

Drugą, być może nawet ważniejszą niż Space X inicjatywą Muska (i kilku jego kumpli) jest Tesla Motors – firma prodkująca elektryczne samochody – początkowo sportowe, obecnie zajmuje się także osobówkami. Rzecz jasna elektryczne auta nie są nowością ale akurat w przypadku Tesli sprawa ma się o tyle inaczej, że firma odnosi finansowe sukcesy. Model Tesla S kosztuje wprawdzie ~60 tys. euro co czyni ją niedostępną dla przeciętnego polskiego blogera ale już nieco bardziej na zachód taka kasa nie jest aż tak nieosiągalna – skutkiem tego samochód rozchodzi się jak świeże bułeczki. Konsumenci widzą w firmie zapowiedź nowego świata – a koncerny naftowe, co nie dziwne, śmiertelne zagrożenie i próbują walczyć z Tesla jak mogą. Z firmą nie po drodze też dealerom, którzy zostali całkowicie pominięci w procesie sprzedaży (Tesla sprzedaje samochody bezpośrednio indywidualnym nabywcom).

Co się jeszcze tyczy koncernów naftowych – Tesla Motors otwarcie wypowiedziało im wojnę udostępniając innym firmom motoryzacyjnym swoje patenty – krok równie odważny co przewrotny – zwłaszcza na tle kolejnych odsłon patentowego cyrku jakie często oglądamy (nagrodę naczelnego trolla w tej dyscyplinie oczywiście otrzymuje Apple “think different, like everybody else”). Dla wszystkich niezorientowanych co oznacza udostępnienie swoich wynalazków ogółowi podpowiadam – kilka koncernów korzystających z tych samych prac ma o wiele większą siłę przebicia niż jeden, choćby i genialny. Pierwsze sygnały współpracy między Teslą a innymi firmami już są a modele elektryczne pojawiają się powoli w stajniach takich gigantów jak BMW, Audi a nawet Prosche, przyprawiajac tym samym nafciarzy o palpitacje serca.

Mały wtręt polityczny – kiedy przemysł samochodowy przestawi się na elektryczność (a to już kwestia czasu – na mój gust jakieś trzydzieści lat) kraje żyjące z eksportu ropy bądą miały przechlapane. Jeśli w tym czasie uda się skomercjalizować (hipotetyczne) osiągnięcia programu ITER (czyli nowy tym elektrowni jądrowych) to takiej Rosji przykładowo pozostanie eksportować już tylko Rosjanki skoro ani ropy ani gazu kupować nikt nie będzie – a i kałasze będą wtedy trochę przestarzałe. Na dłuższą metę Musk może zaszkodzić batiuszce Putinowi i jego następcom bardziej niż wszyscy banderowcy i opozycjoniści razem wzięci. Nie żebym narzekał.

Najświeższym projektem Muska jest Hyperloop – superpociąg, którego wagony w założeniu mają się poruszać z prędkością 1220 km/h. Tak, dobrze przeczytaliście. Nie, nie pomyliłem się. Ponaddźwiękowy pociąg. Istota działania tego ustrojstwa jest dość prosta – ot, rura quasi-próżniowa, w której poruszają się wagony – czy raczej kapsuły bo każda ma być wielkości małego busa. Kapsuły napędzane elektromagnesami i kompresorami mają poruszać się na poduszkach powietrznych – dlatego też napisałem o quasi-próżnowych rurach a nie próżniowych – ciśnienie w nich jest radykalnie obniżone ale nie do zera.

Prototypowa linia ma być gotowa za jakieś dwa-trzy lata w Kalifornii. Swoją drogą także tutaj Elon nie zamierza patentować rozwiązania, objawiając się po raz kolejny jako błędny rycerz inżynierii i biznesu pracujący dla dobra całej ludzkości. Przy okazji – władze stanu miały własny projekt stworzenia szybkiej linii między Los Angeles a San Francisco (czyli tam, gdzie ma rozpocząć działanie Hyperool) – budowa miała kosztować ~60 mld baksów (czyli w praktyce wyszłoby minimum 100, znając efektywność publicznych inwestycji) a pociąg osiągać zaledwie 350 km. Na tym tle Hyperoop pędzący praktycznie czterokrotnie szybciej za jedną dziesiątą kwoty to jawny policzek dla władz stanowych – i w ogóle wszystkich biurw siedzących we wszelkich urzędach.

Elon zajmuje się także jeszcze innymi projektami, od np. SolarCiti (które działa na polu energii odnawialnych) po prywatne szkolnictwo (Musk założył cichaczem prywatną szkołę dla swoich dzieci bo amerykański system edukacji mu się nie podobał – i nie dziwię się facetowi, Jankesi mają dobre uniwersytety ale wszystko poniżej tego poziomu to przysłowiowe chuj, dupa i kamieni kupa), nie będę się jednak rozwodził nad wszystkim.

Spotkałem się z opinią, że Musk jest Teslą naszych czasów. Poniekąd się zgadzam choć Tesla był stricte wynalazcą, Musk natomiast jest “tylko” inżynierem ze smykałką do interesów – czyli czymś, czego Serbowi brakowało absolutnie – porównanie więc może być średnio udane patrząc od strony czysto technicznej. Za to jeśli spojrzeć na wpływ, jaki Musk może wywrzeć na świat to nawiązanie do Tesli staje się już całkowicie uprawnione.

Kończąc – przykład Elona dobrze pokazuje, że każdy człowiek może odnieść niesamowity sukces – jeśli tylko owy człowiek jest inteligentny, zdeterminowany, pełen marzeń i gotowy zasuwać dwadzieścia godzin dziennie,

Doniesienia prasowe

Uderzyło mnie dzisiaj parę rzeczy. Nic wielkiego – takie codzienności. Na jednej stronie oglądałem film promujący okulary holograficzne do nauki anatomii – a zaraz potem czytałem wypowiedzi pożal się boże senatorów, którym nie podoba się in vitro bo to zmusza mężczyzn do onanizmu – oraz, o zgrozo, oglądania pornografii nawet.

Kolejna sprawa – trzydziestoletnia, niebrzydka nauczycielka skazana na 22 lata za kratkami za bzykanie się z trzema uczniami (już widzę jak bardzo nie tego chcieli) – w tym samym czasie jeden psychol z Norwegii odsiaduje 21 lat za zabicie prawie siedemdziesięciu osób.

Siedzę sobie spokojnie w przytulnym mieszkaniu z ładnym widokiem powoli ogarniając firmowe sprawy i oglądam sielankową zieleń za oknem. Jakaś reklama w tle gada żebym ubezpieczył swojego drona, jednocześnie czytam o Grekach kupujących w kryzysie nowe telewizory, emigracji z kraju i kozojebcach obcinających ludziom głowy.

Paranoja? A to dopiero początek – jakbym miał zacząć wypisywać wszystkie nonsensy to skończyłaby mi się przestrzeń dyskowa na serwerze.

Nasza cywilizacja jest posrana. Czasem myślę, że przydałby się jakiś reset pod postacią komety. Jednym się we łbach poprzewracało, drugim w dupach. Dobrze, że nie jestem szczególnie wrażliwą osobą bo można by się popłakać – a tak zostaje się już tylko śmiać.

PS. Są jednak i dobre wiadomości – jakieś 160 osób z okolicy zatruło się doplaczami. Niestety są też złe – nie ma doniesień, że ktokolwiek z nich zmarł – ponadto pogotowie aktywnie ich ratuje a policja przymknęła dealerów, przeszkadzając im w szczytnym dziele wspomagania selekcji naturalnej.