Z drogi śledzie, bronkobus jedzie

Powoli zbliżają się wybory prezydenckie, co skutkuje niespieszną na razie acz miarowo się rozpędzającą karuzelą politycznego cyrku. Mamy więc uciapciany farbą bronkobus, toczący się powoli po kraju, z którego pożal się boże arystokrata nie potrafiący napisać zdania poprawną polszczyzną uśmiecha się do gawiedzi, a za tło robią mu kolejne wpadki dyplomatyczne i jakże entuzjastyczne miny dzieci, tak bardzo z własnej inicjatywy i z zapałem biorące udział w tej wcale-nie-farsie. Jest i oczywiście Bronka kontrkandydat ze słynącego smogiem wawelskim Krakowa, niejaki i nijaki Andrzej Duda, zbierający poparcie chyba tylko za to, że nie jest Bronkiem z platformy a Andrzejem z PiSu, co dla zwolenników lewicującego gdzieniegdzie a uważającego się za prawicowe ugrupowania jest wystarczającym argumentem żeby na Jędrka głosować (tak samo jak po drugiej stronie barykady, gdzie wszystko co nie-PiSowskie jest właściwe) – w końcu ma facet namaszczenie Jarosława, który wie lepiej. Zawsze, wszystko, na każdy temat.
…zupełnie jak ja.

W przedstawieniu występują jeszcze takie tuzy jak nieznana dotąd Ogórek, znany z dilda Palikot, król kucy Korwin (który zaruchał jako jedyny z kucy, dlatego król) a nawet takie gwiazdy internetu (bo raczej nie polityki) jak Anna Grodzka czy jego kumpela Nowicka, których poparcie w sondażach oscyluje na granicy błędu statystycznego. A nad tym wszystkim unosi się widmo wokalu Kukiza. Słowem – przaśnie.

Oczywiście każdy kandydat gada co to on bądź ona (w jednym przypadku to nader wątpliwa kwestia) nie zrobi dla kraju, czego to nie wykorzeni, jakie to cuda poczyni i tak dalej, i w tym podobne, i w ten deseń, i w tym stylu. Co najśmieszniejsze, większość ludzi, jak zawsze, zdaje się nabierać na takie hasła, szczerze wierząc, że prezydent faktycznie coś może. Otóż nie może – według Konstytucji rola prezydenta de facto ogranicza się do ładnego uśmiechania się do zagranicznych i krajowych dziennikarzy, oficjalnych wizyt i wetowania co bardziej kontrowersyjnych (wg sondaży opinii publicznej) ustaw. Co za tym idzie prezydent powinien być po prostu ułożonym dyplomatą (tak, piję do nieokrzesanego Komorowskiego), do tego urzędnik ten powinien być możliwie apolityczny, więc zbyt aktywne mieszanie się w politykę wewnętrzną też odpada, a znając PiS, mający we krwi dzielenia Polaków na bardziej i mniej prawdziwych, wątpię coby Duda zaczął odstawać od retoryki swojej partii po ewentualnej elekcji.

Na tym tle najbardziej rozsądnymi kandydatami wydają mi się Kukiz, który jednak ma w głowie trochę oleju – oraz Ogórek, która po prostu dobrze się prezentuje. Całościowo więc mamy raczej dość niewesoły obraz (choć zabawny na swój sposób), skoro najbardziej sensownym pretendentami zdają się być podstarzały rockmen bez większych szans na przejście do drugiej tury oraz millerowa marionetka. O reszcie kandydatów albo nie warto wspominać, albo wspomina się zbyt często coby warto było cokolwiek dodawać.

Żeby jednak zakończyć jakimś optymistycznym akcentem – za oknem ładna pogoda i coraz cieplej się robi. Można nawet już rozważyć wymianę opon na letnie.

Wiosna

Idzie wiosna. I bardzo dobrze, mam już trochę dość tego zimna, przytłaczającej ciemności wpędzającej ludzi w depresję i dziury na drodze. Im więcej słońca i ciepła tym bardziej człowiekowi chce się robić mnóstwo rzeczy. No w każdym razie chce się robić jakieś rzeczy. Albo po prostu chce się coś robić… prawda? Cokolwiek.

Wprawdzie po takim rozpoczęciu spadnie teraz pewnie pół metra śniegu, wszak Matka Natura to złośliwa suka – jak głosi dziesiąte prawo Murphy’ego, ale może to nawet i dobrze. Będę mógł zacząć w końcu jakiś wpis od słów “przyszła wiosna ciepła i radosna a skwerki w parkach obrodziły spod topniejącego śniegu niezliczoną ilością psich gówien”. Zawsze chciałem tak zacząć jakiś tekst, niestety ze względu na postępujące globalne ocieplenie trudno tak zacząć. Nie to żebym coś miał do globalnego ocieplenia, w gruncie rzeczy podoba mi się zima bez śniegu, nie trzeba odśnieżać podjazdu, zakładać łańcuchów ani odśnieżać samochodu przez trzy godziny każdego ranka. Mówiąc szczerze to nawet wspieram ocieplenie jak tylko mogę, staram się oddychać tak głęboko jak to możliwe, sukcesywnie sącząc w atmosferę zdradziecki dwutlenek węgla. Dzięki temu nikt nie zarzuci mi, że nie żyję pełną piersią.

Radość płynąca z ciągnącej niespiesznym acz miarowym krokiem wiosny stoi jednak w pewnej opozycji do miejscami szarego świata, który sobie krąży wokół mnie (jako naturalnego środka wszechrzeczy). Obserwacje moje dowodzą, że w niektórych punktach świata nie zawsze panuje spływający miodem błogostan, burząc przy tym naturalną dla mnie pogodę ducha i życzliwość dla wszystkich wokół. Może to dobrze, że coś mnie lekko rysuje z zewnątrz? W końcu w Polsce, jak wiadomo, spokój i pogoda ducha są karanymi z urzędu przestępstwami. Gdyby pozbawić mnie okularów wyostrzających niedomagania kosmosu to pewnie gniłbym już w pierdlu. Ostatnio moje idylliczne jestestwo zostało brutalnie naruszane przy kasie w dyskoncie, gdzie dwóch klientów z rzędu omal nie wyrwało mnie z butów absurdem, który spowodowali. Najpierw jakaś nobliwa pani w futrze się obruszyła na kasjerkę, że wkładki w rękawiczkach, rzuconych jako lidlowy skarb, nie są oryginalne. Wow, serio? I co jeszcze? Może kawioru zabrakło? No proszę, takie rzeczy, w Lidlu. No nie do wiary. Niezrażona logiką kobieta jednak napastowała biedną kasjerkę mordem w oczach dopóki jej zmysł powonienia na to pozwalał, albowiem zaraz za nią stał pan żul, roztaczający wokół siebie charakterystyczną, intensywną woń. Biedna kasjerka musiała wysilić cały swój profesjonalny stoicyzm kiedy zaawansowany wiekiem (jak na pana żula) jegomość próbował ją przekonać aby oprócz tych dwóch marsów dziewczyna jednak sprzedała mu również 0,7 wody pisanej przez “o” z kreseczką. Wszak on wcale nie jest pijany a ten czerwony nos to zupełnie nie od dzisiejszej dawki wody ognistej (być może barwionej na jagodowo) a jedynie skutek tego, że się oparzył przy pracy. Zobligowany obecnym miejscem zamieszkania skomentuję następująco, starając się zaciągać po śląsku: ja, mhm… Fakt, jak się zatkało nos to nawet nie było czuć tej mieszaniny świeżego etanolu, starych aldehydów, przeterminowanego potu i innych woni jasno wskazujących, że podmiot tej części opowieści już dość długo żyje a nie był nigdy za pan brat z wodą i mydłem.

Dzielna kasjerka z obu starć wyszła zwycięsko, emanując cały czas anielskim spokojem, podczas gdy ja cały czas miałem minę jak rzymscy legioniści w scenie z “Żywota Briana”, gdzie żołdacy starają się nie parsknąć śmiechem (pod groźbą śmierci) kiedy Piłat, dźwięcznie wypowiadający “r”, opowiada o swoim przyjacielu, Jebusie Maximusie – oraz jego zapewne chronicznie nieusatysfakcjonowanej żonie. Heroiczna kasjerka pozwoliła sobie swobodnie przewrócić oczami i zaśmiać dopiero kiedy sam podszedłem do kasy. Znaczy zakładam, że kasjerka zaśmiała się z poprzednich klientów a nie na widok mojej facjaty. Choć jak tak sobie przypomnę reakcje paru dziewczyn, z którymi się próbowałem umówić, to nie jestem tego taki pewien.
Tak czy inaczej, zawsze byłem pod wrażeniem stoicyzmu sprzedawców znajdujących się w awaryjnych sytuacjach. Czyli tak mniej więcj piętnaście razy dziennie. Biorąc pod uwagę opowieści znajomych pracujących w tym fachu to opisana sytuacja jest naprawdę przygrywką przed prawdziwymi zawodami – a te potrafią być twarde i z żartami nie mieć wiele wspólnego. Klienci, który wyżywają swoje frustracje na bogu ducha winnych sprzedawcach to chleb powszedni tej branży (i chyba każdej innej), zresztą tak jak ogólnie pojęta buraczaność klientów. Z opowieści wnioskuję, że im lepiej sytuowana klientela tym częściej lubi sobie z obsługi zrobić podnóżek (znajoma kasjerka z Piotra i Pawła miała na ten temat sporo do opowiedzenia). Zresztą – nie zauważyliście sami, że często im lepiej się niektórym powodzi, tym większymi burakami są? Klasyką chyba są ludzie, którzy przestają się witać z byłymi współpracownikami zaraz po otrzymaniu konkretniejszego awansu. Wyższa kadra naukowa uczelni, która wyżej sra niż dupę ma oraz cała masa różnej maści leśnych dziadków czy nowobogackich “byznesmenów” jak ulał wpisuje się w panoramę. Politycy to chyba apogeum tego trendu.

Mała dygresja – ostatnio czytałem (w którymś z niedawnych numerów “Wiedzy i życia”, o ile kojarzę) o badaniach nad korupcją przeprowadzonych przez grupę psychologów – studentom (nieśmiertelny materiał badawczy) dano władzę rozdzielania zasobów innym uczestników badania i sprawdzano ich uczciwość. Z biegiem czasu nawet najuczciwsi (początkowo) stawali się coraz bardziej zachłanni i nie było od tej reguły żadnego wyjątku. Wniosek – narzekania na konkretnych polityków są bezcelowe, każdy system polityczny dopuszczający utrzymywanie się tych samych ludzi u władzy dłuższy czas jest z definicji niedoskonały gdyż żaden polityk nigdy nie będzie uczciwy, o ile tylko pozostanie na stołku odpowiednio długo. Wygląda na to, że już Ateńczycy wiedzieli co robią, zakazując piastowania stanowiska oberszefa dłużej niż dwie kadencje, jeśli dobrze pamiętam z historii.

Tłumaczyłoby to również, dlaczego politycy w wielu krajach mają status społeczny niższy od prostytutek, w tym w Polsce.
Wracają do przedmiotu rozważań, czasem mam coś na kształt wyrzutów sumienia ocierających się o jakąś parodię empatii, kiedy sobie uświadamiam, jak przerąbane ludzie mogą mieć. Sam nie mam kontaktu z klientami więc myśl, że ktoś wstaje z łóżka tylko po to żeby wydarła się na niego banda frustratów jest cokolwiek dołująca. Fakt, że im młodsi ludzie tym zdaje się coraz więcej wśród nich jednostek ludzko podchodzących do innych ludzi, co napawa pewnym optymizmem, niemniej chyba jeszcze trochę czasu minie zanim wymrze w Narodzie spuścizna jedynie słusznego systemu, patrząca z zawiścią na każdego, komu powiodło się lepiej – oraz pogardą na każdego, komu powiodło się gorzej.

Pomijając hordy pospolitych frustratów, awanturników i zwykłych baranów najeżdżających na każdego słabszego jak Rosja, tak się dziwnie składa, że najbardziej potrzebne zawody mają najbardziej pod górkę w interakcji z resztą społeczeństwa, na dobro którego pracują a które to traktuje je z góry. Najbardziej jaskrawy przykład z brzegu, śmieciarze, którzy nie cieszą się jakąś szczególną estymą. Poważanie społeczne pewnie prędko by wzrosło gdyby sobie panowie postanowili zastrajkować na tydzień. Po traumie tonięcia w tonach śmieci każdy mieszkanie tej planety kłaniałby się w pas na widok pracowników komunalnych.

Gdzieś czytałem o badaniach traktujących co to by się stało, gdyby nagle zniknęli wszyscy ludzie odpowiedzialni za jakąś działkę gospodarki. Rzecz jasna najbardziej odczuwalne byłoby zniknięcie najgorzej opłacanych i szanowanych grup zawodowych, podczas gdy dematerializacja części najbardziej szacownych nie zostałaby w żaden sposób zauważona. W niektórych przypadkach wyparowanie pewnych ziutków miałby nawet zbawienny wpływ, np. banksterów, pardon, bankierów (nie mylić z bankowcami proszę, bankowiec tak się ma do bankiera jak rencista do rentiera; z tej samej serii – elektronika tak się ma do informatyki jak ornitologia do KFC …rączka w górę, kto niebędący informatykiem się zaśmiał?). Nie pamiętam gdzie na tej liście byli przedstawiciele mojego zawodu, ale biorąc pod uwagę, że informatycy najczęściej rozwiązują problemy o jakich przeciętny człowiek nie ma pojęcia, w sposób jakiego przeciętny człowiek nie zrozumie, raczej nie spodziewam się wielkiego priorytetu dla codziennego funkcjonowania cywilizacji. Hipotetyczne zniknięcie moje i moich kumpli po fachu zauważone zostałby zapewne dopiero, kiedy internet by przestał działać… za to jaka olaboga by się wtedy podniosła ku niebiosom (kolejny suchar, ilu informatyków potrzeba do wymiany żarówki? żaden informatyk nie wymieni żarówki, to problem sprzętowy).

Konkluzja będzie krótka – wiosna idzie, weź się uśmiechnij do bliźniego, choćby i śmieciarza (politykowi możesz już odpuścić).

MAŁA AKTUALIZACJA: Nigdy nie zamieszczam żadnego tekstu w dniu, w którym tenże powstał. Takie tam redakcyjne pierdu pierdu, czas na przeczytanie jeszcze raz, wyłapanie błędów itd. Powyższy tekst również spłodziłem wczoraj, przy świetle zachodzącego słońca, którego ciepłe promienie tuliły wiosenny już niemal krajobraz za oknem. Pamiętacie co napisałem o pół metrze śniegu po przepowiedzeniu wiosny? To zgadnijcie czym mnie przywitał poranek. Tak, właśnie. Zwałami śniegu.

Postanowienia Noworoczne

Gdyby spokój ducha był karalny powinienem od dawana gnić w pierdlu. Niemniej czasem nawet mnie coś ruszy i wtedy pojawia się wpis na blogu. Biorąc pod uwagę częstotliwość z jaką się denerwuję nie wróżę sobie kariery płodnego blogera niestety. Albo na szczęście dla biednych dusz, które nuda zagnała w ten złowrogi skrawek internetu, który okupuję – jest dla nich jeszcze nadzieja na zdrowie psychiczne.

Wracając jednak do istoty mojego poruszenia – kojarzycie obrazek, który wczoraj zamieściłem na ścianie? Też się z tego śmiałem. Do dzisiaj. Tak się złożyło, że dopiero dziś przeszedłem się na siłownię po świąteczno-noworocznej przerwie – i okazało się, że rysunek genialnego acz nieznanego mi autora wcale nie jest jakoś niesamowicie przesadzony. Zielone tłumy (taki skrót od tłumów zielonych żółtodziobów…) bawiące się w najlepsze sztangielkami, okupujące wszystkie możliwe ławeczki i ludziki biegające dookoła jakby słodzili kawę amfetaminą naprawdę nie sprzyjają koncentracji – ani w ogóle czemukolwiek poza wymienianiem porozumiewawczych spojrzeń z kolesiami, których już znam z widzenia. Siedzisz potem człowieku pośród zgiełku stękań ludzi trzymających sztangę pierwszy raz w dłoniach, sapań wielorybów lądowych idących (!) po bieżni oraz okrzyków bojowych walecznych herkulesów, którym właśnie udało się wstań z przysiadu z niewyobrażalnym obciążeniem siedmiu kilo na barkach… cóż, plus dla nich, że pamiętają o nogach.

Pomijając jednak nawet nieogarnięty tłum na samej siłowni – człowiek może dostać jeszcze ataku serca przy samej kasie, gdzie zamiast zwyczajnego luzu materializuje się tam cała wataha biurw, które postanowiły w końcu ruszyć ponadgabarytowy tyłek na fitness – totalnie korkując przy tym wszelki ruch tak skutecznie, że trzeba odstać jak za srajtaśmą w PRLu żeby w ogóle zwrócić kluczyk do szafki. Żeby było śmieszniej to jeszcze jedna z drugą kręcą nosem na kolejkę pytając bez skrępowania, czy tu zawsze takie tłumy – słowo daję, że ledwo się powstrzymałem żeby nie położyć księgowej dłoni na ramieniu i patrząc jej głęboko w oczy nie powiedzieć “spokojnie, w lutym się wykruszycie”. Coś mi mówi, że raczej nie miałbym się co próbować z nią potem umówić, ale hej! – kto powiedział, że bycie złym człowiekiem nie może być zabawne. Przynajmniej dla jednej osoby.

Na marginesie – coby zdementować wszelkie domysły jakbym dbał o siebie i chodził na siłownie znajdując radość w rzeźbieniu sylwetki Apolla zamiast, jak normalny człowiek, w graniu w Skyrim – pragnę od razu zaznaczyć, że chodzę na siłownie jedynie żeby nie wyglądać jak ostatni cebulak. Wyglądam jak przedostatni więc luz. Nic tak nie pociesza człowieka jak świadomość, że ktoś ssie jeszcze bardziej – od razu robi się człowiekowi błogo na sercu ze świadomością, że z kogoś śmieją się jeszcze bardziej. W zasadzie to mógłbym to jakoś ładniej ubrać w słowa i zbudować wokół tej filozofii prężny ruch ukojenia dusz. Przy teoretycznej efektywności doktryny określanej liczbą n-1, gdzie n to aktualna liczba mieszkańców świata, zostałbym obrzydliwie bogatym guru. Mógłbym wtedy nawet rzucić siłownię i z czystym sumieniem zająć się polowaniem na smoki.

Hordy ludzi na siłowni to jednak jedynie część szerszego problemu. Tak, właśnie – postanowienia noworoczne są problemem. Czy raczej słomiany zapał, jeśli mamy iść do sedna. 80-90% ludzi, który w ogóle zaczną realizować swoje postanowienia z serii “od nowego roku”, “od nowego miesiąca”, “od nowego tygodnia” czy sakramentalnego “od jutra”, traci wolę walki po paru dniach/tygodniach. O ile “od jutra” to osobny temat, poruszany już zresztą, to “od nowego roku” pokazuje słabość większość ludzi.
“Od nowego roku przestanę palić.”
“Od nowego roku będę chodzić na siłownię.”
“Od nowego roku będę miły.”
“Od nowego roku nie będę się lenić.”
“Od nowego roku będę się uczyć”.
“Od nowego roku nie będę pić… i nie, dziękuję, nie jestem głodny”. (tak, tak, kłamliwi studenci, to do was).
I tak dalej. I tym podobne. Et cetera.
Zobligowany obecnym miejscem zamieszkania skomentuję następująco: ja, mhm.

Wszyscy chyba robiliśmy jakieś postanowienia noworoczne. Niektórzy może nawet zaczęli je realizować. Szczerze – jak długa wam zajęło zanim daliście sobie spokój?

Początek nowego cyklu (obojętnie jakiego) daje nadzieję, że teraz będzie lepiej – albo przynajmniej inaczej. Guzik prawda. Będzie tak samo bo jednostki odmierzania czasu to sprawa umowna, sednem jest to, że sami jesteśmy wciąż tacy sami.

A z drugiej strony – zaczął ktoś kiedyś robić coś “od teraz”? Nie od jutra, nie od nowego tygodnia, nie od nowego roku. Od teraz. Kto zaczął coś robić w swoim życiu od razu kiedy o tym pomyślał? I co było bardziej skuteczne – odłożenie działania do nowego roku czy odłożenie zwłoki? Coś mi mówi, że wszyscy, którzy zebrali się w sobie, żeby zacząć coś od już zapewne robią to wciąż – bez patrzenia na kalendarz. Prawda?

Człowiek-masa. Tak nazywamy z kumplem jednego kolesia chodzącego na siłownię. Chłopak, na oko, osiemnastoletni – może nie tyle z nadwagą co cierpiący na ostry niedowzrost. No dobra – spasiony tak, że japońscy sumo zdyskwalifikowaliby go z zawodów za przekroczenie maksymalnych gabarytów. Choć już w międzynarodowych pewnie miałby wzięcie.

[dygresja]
Japończycy nie są szczególnie rosłymi ludźmi więc w japońskich zawodach nie mogą brać udziału obcokrajowcy bo ci zmiażdżyliby miejscowych – dosłownie. W sumie dość śmieszna sprawa w kontekście pewnej mojej znajomej, której ideałem faceta jest wysoki Japończyk – powodzenia w szukania. W zasadzie to chyba część szerszego zagadnienia absurdalnie wygórowanych wymagań kobiet wobec mężczyzn. Hm… napisał facet, który sam się ugania za niemal tylko za lekarkami, doktorantkami (byle pracowały gdzieś poza uczelnią też) i artystkami wszelkiego rodzaju – może poza tancerkami – z dwiema lewymi nogami ciężko o skuteczny podryw.
[/dygresja]

Dużego chłopaka widujemy już od ładnych kilku miesięcy praktycznie zawsze kiedy jesteśmy na siłowni – a po kilka dni tam przesiadujemy prawie tydzień w tydzień. Koleś chodzi wytrwale i się nie poddaje – i wiecie co – facet nie potrzebował do tego nowego roku. Szacunek dla niego.

Chcesz coś zrobić – zrób to teraz, nie później. A już w szczególności nie odkładaj sprawy do następnego roku – bo cię ktoś wyszydzi na blogu.

Lekka irytacja

Jestem cholerykiem. Wprawdzie mam dość wysoki próg wytrzymałości, niemniej jednak jestem cholerykiem, z czego zdałem sobie dzisiaj sprawę z całą potworną świadomością – konkretnie w momencie, kiedy się zorientowałem, że w pełni rozumiem morderców, którzy zabijają w afekcie. Może nieco przesadzam ale pan żul, który podszedł do mnie w chwili, kiedy mój poziom wkurwienia sięgał zenitu dziwnym trafem położył po sobie uszy jak tylko spojrzałem mu w oczy.

Po kolei jednak. Poniedziałków chyba nikt nie lubi, prawda? A mi one raczej powiewają, na swój perwersyjny sposób nawet je lubię – zawsze sobie wmawiam, że o to od tego poniedziałku zacznę być gwiazdą flamenco, znanym pisarzem, poczytnym blogerem, przystojniakiem, bogaczem oraz dobrym człowiekiem. Wprawdzie w niedzielę mogę już tylko zapłakać nad sobą ale nawet na to jestem zbyt leniwy, wszak dzień święty należy święcić a płacz będący refleksją nad sobą można byłoby podciągnąć pod pracę – więc nie wypada. Sabat (tj. sobotę) również świecę swoją drogą – co przy fakcie, że jestem ateistą zakrawa już na skrajny oportunizm.

Tego feralnego poniedziałku powziąłem jednak postanowienie coby faktycznie zrobić coś produktywnego, np. zaopatrzyć się w kilka potrzebnych rzeczy do domu, w tym celu zaraz po wyjściu z biura skierowałem swoje koła w kierunku podmiejskiej krainy marketami słynącej. Wprawdzie już po wyjeździe z parkingu natknąłem się na korek na pół miasta, który według moich kalkulacji za horyzontem ciągnął się jeszcze przez kolejne pół, niezrażony (bardzo) tym faktem jednak stwierdziłem, że pojadę po okrężnej. Okazało się być to błędem. Już trzecim tego dnia – pierwszym było wstanie z łóżka, drugim przerost ambicji implikującym szczerą chęcią zrobienia czegoś.

Zaraz po wygraniu z pierwszym zatorem władowałem się w drugi – ten już nie ciągnął przez całe miasto ale przez całą drogę dookoła niego, co dało mi półtora godziny sam na sam ze sobą. Sukces jak w mordę strzelił, szybciej byłoby jednak zostać w pierwszym korku. Nie macie czasem wrażenia, że ze wszystkich złych opcji zawsze bezbłędnie wybieracie najgorszą? Ja mam cały czas. Ponadto jestem chyba jakimś motoryzacyjnym anty-Mojżeszem – gdzie się nie pojawię tam korki wzbierają przede mną niczym morze.

Jeszcze jakiś czas temu walczyłem z radiem samochodowym żeby zablokować automatyczne włączanie się wiadomości kiedy leci płyta – walkę wygrałem. Dziś za to chciałem z powrotem to włączyć żeby się dowiedzieć skąd ten korek, dokąd i czy da się to jakoś ominąć. Rzecz jasna za cholerę nie potrafiłem na nowo ustawić opcji, skazując się tym samym na tkwienie w korku przy akompaniamencie “łagodnych przebojów dla wszystkich”, co tylko jeszcze bardziej rozrzedziło krew przewijającą się przez mój układ kortyzolonośny. W końcu trafiłem na info z lokalnej stacji mówiącej, że na drodze, którą się toczę “wciąż jest zator”.

No serio? Ale poważnie? Co ty nie powiesz, geniuszu, nie zauważyłem. Taka historia, patrzcie no, taka wasza mać.

W końcu dotarłem do, jak mi się zdaje, praprzyczyny komunikacyjnego zła, którym okazało się wycięcie jednego (jednego!) pasa przy końcu wylotu z miasta. Grubo. Znaczy cienko… no nieważne. Koniec końców udało mi się w końcu dotrzeć do sklepu, gdzie mega wkurzony szukałem miejsca do parkowania. Żeby praw Murphiego stało się zadość – z pierdyliarda możliwych alejek musiałem wjechać właśnie w tą gdzie jeszcze raz utknąłem za jakąś słodką idiotką usiłującą zaparkować kręcąc kierownicą  jak oszalała, jednocześnie szarpiąc gałkę skrzyni biegów jak… no nieważne (if you know what I mean). Technika parkowania tyleż efektowna co nieefektywna – normalnie ta heroiczna walka kobiety z wrażym parkingiem byłaby nawet śmieszna – ale w sytuacji, kiedy człowiek stara się sobie przypomnień wzór i syntezę nitrogliceryny robi się jednak niebezpiecznie…

Koniec końców wysiadłem z samochodu i niezatrzymywany już przez nic poszedłem w kierunki wejścia jak bóg furii i zniszczenia, sypiąc za sobą wkurw-pioruny. Po drodze dojrzałem jeszcze kolejną ogarniętą inaczej starającą się wpakować mocno ponadwymiarową paczkę do swojego tyciego bagażnika. Przez chwilę zastanawiałem się czy nie pomóc jej jakoś ale logika poparta doświadczeniem podpowiadała mi, że lepiej nie podchodzić bo przy pierwszym, niezbyt bystrym tekście ze strony tejże niewiasty mógłbym pokazać się z jak najgorszej strony, nawet pomimo najlepszych chęci.

I właśnie kiedy rozmyślałem, czy w razie czego musiałbym się liczyć z zarzutami o morderstwo ze szczególnym okrucieństwem, podszedł do mnie wspomniany pan żul – zapewne chciał zacząć od charakterystycznie ochrypłego “panie złoty, daj pan na zupę” ale zdążył jedynie otworzyć usta zanim nie nawiązałem z nim kontaktu wzrokowego. I wyszło na to, że moje dywagacje na temat mojej hipotetycznej odsiadki za zabójstwo wcale nie były tak bardzo nie na miejscu, bo menel się z miejsca zwinął jak zbity kundel nie werbalizując swych marzeń…

Wnioski są trzy, ponadto jeden temat do dalszych rozważań. Jeden – wkurwiony samiec to samiec alfa i nawet stara cyganka mu się nie odważy wróżyć. Dwa, czekolada ma wybitne właściwości do zbijania zdenerwowania – przetestowałem. Poza tym – prawa Murphiego to nie hipoteza – to kompletna teoria jeśli nie prawda objawiona.

Ile razy w życiu mieliście wrażenie, że popełniacie seriami najgorsze możliwe błędy? Jedziesz do pracy wybierając najgorszy możliwy sposób dostania się do biura. Wybierasz sobie najbardziej poroniony projekt, dostajesz do współpracy największych obiboków. Wracasz z pracy inną trasą – tym razem ta się okazuje najgorsza. Mając wszystkiego dość włączasz sobie jakąś odmóżdżającą sieciówkę – i co? Oczywiście trafiasz do drużyny największych lamerów na serwerze. Kalkulujesz dniami no nocami na jakąś umowę i podpisujesz najmniej korzystną. I tak dalej, i tym podobne, i w ten deseń.

Jedno z praw Murphiego brzmi – jeśli coś może się schrzanić – schrzani się na pewno. Od siebie dodałbym, że schrzani się do tego w momencie, kiedy spowoduje najwięcej zniszczeń.

Trzeci wniosek – mam dziwną tendencję do dostawania weny jedynie wtedy, kiedy coś mnie wkurzy, a że mimo wszystko nie zdarza się to często (może dlatego uderza z większa mocą kiedy się już zdarza) to coś mi się z kolei nie widzi prędkie skończenie książki jednej czy drugiej…

A na marginesie – zawsze lubiłem pewien komentarz do praw Murphiego – “Murphy był optymistą”.

Autodestrukcja

Mam wrażenie, że jestem szczęśliwym człowiekiem albowiem od dawna nie znalazłem żadnej rzeczy, na którą mógłbym narzekać. OK, OK, tak wiem, farsa z wyborami, koleś w koszuli obrażającej feministki, wysokie podatki, ustawiczny horror w służbie zdrowia i chroniczny w sejmie, permanentny w Unii Europejskiej i trwały na świecie. Ale – na te tematy wylano, wylewa się i wylewać będzie oceany grafomanii więc nie widzę powodu coby dokładać swoje trzy grosze. Dzisiaj. Zamiast tego wolę się skupić na czymś bardziej namacalnym. Hmm… o! Ten koleś w lustrze wygląda jak niezła niedorajda, w dodatku roi mu się kariera blogera. Haha ciekawe co tam pisze.

Nie posiadam telewizora. Nie widziałem nigdy potrzeby zaopatrzenia się w takowy sprzęt…
Mówisz, jakbyś miał za co go kupić i miejsce gdzie go wstawić. Swoją drogą to zaleciało hipsterstwem.

Rzecz jasna, funkcjonalność mojej kuchni stała się jeszcze lepszym pretekstem do podniesienia problemu mojej żony, czy raczej jej braku. Czyli na moje – brakiem problemu, ale o tym może innym razem.
Nie masz żony bo cię żadna nie chciała, a te co miały słabe oczy i stwierdzone zaburzenia psychiczne sam rzuciłeś, emocjonalny niedojebie.

Małe podsumowanie – ludzie śmieją się z gówna. Dosłownie. Pal licho mityczne społeczeństwo, które uważane jest za bandę idiotów – przez społeczeństwo właśnie. (…) roję sobie, że istnieje pewna różnica pomiędzy absurdalnym z definicji, ciężkim humorem a boleśnie dosłownym w treści i formie gównem na scenie.
Mhm, klocek na scenie gorszy od wirtualnego? Argumentacja naciągana jak szwy na spodniach grubasa.

To jak z noszeniem prezerwatywy w portfelu – masz nadzieję ale w końcu stwierdzasz, że nie ma co się oszukiwać.
Przyznam, że ujął mnie własny realizm.

Na co ludzie lubią patrzeć najbardziej? Ano na ludzi głupszych od siebie i rzeczy, których sami by nie zrobili w prawdziwym życiu bo są zbyt durne, poniżej ich poziomu.
Napisał, po czym zabrał się za czytanie nominacji do nagród Darwina i oglądania kolejnego fail compilation.

A tak na marginesie – wie ktoś, gdzie w Katowicach można dostać chmeli suneli?
Spróbuj w internecie, geniuszu? Zresztą, po co ci przyprawy, i tak nie gotujesz nic bardziej skomplikowanego od parówek.

Mogłeś za smarkacza dostawać codziennie wciory od większych kolegów w podstawówce, nienawidząc jej przez to wtedy, ale po latach zawsze będziesz wspominał szkołę jako czas beztroski.
Znasz temat z autopsji, co, kujonie?

Ciągnąc się niemiłosiernie za jakimś Porshe, czując w ustach niemal fizycznie ironię ulatniającą się z rury wydechowej sportowego samochodu toczącego się metr po metrze przez miasto.
To nie ironia tylko siarczany. Ale widocznie głodnemu chleb na myśli. Tęskni ci się do dobrych, tanich, licealnych win?

(…)lenistwo. Czy raczej prokrastynacja w przypadku tego wpisu konkretnie. Wszyscy znamy, wszyscy stosujemy, wszyscy lubimy na swój perwersyjny sposób.
Myślę, że nikt się w nim nie lubuje tak jak ty.

Niemożliwe? Pewnie nie ale to mój blog i mogę wygadywać dowolne głupoty.
Jeszcze nie zauważyłem nic poza nimi.

A kiedy już dorwiemy dealera ciesząc się jak dziecko z własnej produktywności – zgarniamy cały towar i w nagrodę za własne osiągnięcia leżymy do góry brzuchem przez następne pół roku, upaleni jak świnie własnym tryumfem w walce z tym, co właśnie świętujemy poprzez uskutecznianie tego, z czym walczymy.
Czytam to piąty raz i dalej nie wiem o co chodzi. To mówisz, że ilu dealerów gnije w piwnicy?

Wbrew pozorom jestem trzeźwy, gdyby ktoś pytał.
Ja, mhm.

Wracając jednak do mocno dotąd rozmytego meritum(…)
Oj mocno. Jak czynnik aktywny w “lekach” homeopatycznych.

(…)czy da się termin prokrastynacja używać zamiennie z terminem lenistwo?
…stary, ty to masz problemy. Znajdź sobie coś do roboty.

Oba te czynniki do kupy tylko pogłębiają stan doskonałej nieważkości operatywnej.
Que?

Remedium? Jedno jest najskuteczniejsze, kula w łeb – nigdy więcej wyrzutów sumienia, rachunków za internet a dodatkowo w końcu można się wyspać.
Jesteś zbyt mało ogarnięty żeby załatwić sobie rewolwer i zbyt biedny żeby cię było na niego stać ale mieszkasz na siódmym piętrze więc śmiało, świat stoi przed tobą otworem.

Dla ludzi, którzy uznają takie środki zaradcze za zbyt bezkompromisowe – można pójść na sadystyczną łatwiznę i zmuszać się codziennie do zrobienia czegokolwiek konstruktywnego. Choćby jednej, najmniejszej rzeczy.
Zawiązałem dzisiaj sam sznurówki, liczy się?

Nawet jeśli miało by to być umycie naczyń, zawiązanie sznurówki(…)
Mhm, ok…ambitnie.

(…)byłem już swego czasu odcięty od internetu na parę miesięcy (właściciele mieszkania trochę przekombinowali) więc teoretycznie powinienem być uodporniony na zespół odstawienia.
Taa a teraz nawet do kibla chodzisz z telefonem. Może czas faktycznie pomyśleć o odwyku?

(…)wyobraźcie [sobie] coby było, gdybyśmy oberwali jakąś szczególnie epicką falą wiatru słonecznego, falą elektromagnetyczną z bomby atomowej albo czymkolwiek innym skutecznie niszczącym infrastrukturę teleinformatyczną – rozmiary chaosu i rozlewu krwi przekroczyłby zapewne rozmiary armagedonu wywołanego przez hipotetyczne zejście demonów niebios(…)
A co gorsza – straciłbyś robotę.

W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy debilami korzystającymi cały czas z rzeczy, których funkcjonowanie zupełnie nie ogarniamy.
A ty pierwszy pomiędzy równymi.

[należy] dotować naukowców żeby opracowali rzeczy nie do zepsucia. Takie maksymalnie idiotoodporne.
Coś w sam raz dla ciebie. Nawet zaprogramowanie pralki nie idzie ci zbyt dobrze. Nic dziwnego, że nie znalazłeś roboty jako programista mikrokontrolerów.

Nadejszła wiekopomna chwila (…)
Język polska trudna?

Co mnie śmieszy to właśnie takie słowa jak premierka, psycholożka, socjolożka i im podobne.
Już widzę jak mówisz im to w twarz. Zwłaszcza tym z dużym biustem.

W sumie to dość ciekawa sprawa skoro słowa takie jak dziennikarka, lekarka czy kierowniczka gładko wpisują się w codzienne słownictwo podczas gdy pilotka wywoła jedynie uśmiech bo brzmi to w najlepszym przypadku jak zdrobnienie.
Wszystko co istniało albo zostało wymyślone dopóki nie skończyłeś 15 lat jest normalne, wszystko co zostało wymyślone później jest do przyjęcia o ile nie skończyłeś już 25 – po tych urodzinach wszystko co nowe jest nienaturalne. Masz prawie 30.

Wspomniana premierka jest tu chyba najlepszym przykładem – równie dobrze można byłoby uzbroić Hello Kitty w różowe dildo (i to niezbyt imponujących rozmiarów) a puścić toto w miasto aby zbierało haracz dla mafii. Już widzę powagę w lewym oku restauratorów i przerażenie w prawym.
Ty byś się zesrał ze strachu.

Chciałoby się skomentować tekstem w stylu “jakie czasy takie sufrażystki” ale sobie daruję, zamiast tego może się po ludzku postaram umówić na kawę z jakąś sympatyczną panią psycholog.
No i co, umówiłeś się? Nie, terapia się nie liczy.

Jakiś czas temu zacząłem notować różne przykłady zapierającej dech w piersiach głupoty, jakiej to dopuścili się przedstawiciele naszego gatunku. Nie notowałem zbyt długo, nie wyszukiwałem też specjalnie głupot, po prostu zapisywałem idiotyzmy na jakie natknąłem się w sieci oraz poza nią.
A dopisałeś do listy swoje zabawy z materiałami wybuchowymi domowej roboty, grzebaniem w gniazdku i studia na wydziale prawa?

To tyle co udało mi się zebrać w ciągu paru dni. Bez specjalnego szukania. A wiecie co w tym wszystkim jest przerażające? Ci [bezdennie głupi] ludzie mogą głosować.
Ty też możesz i nikt się nie pluje.

Wiem, że nie zabrzmi to szczególnie popularnie ale czy nie uważacie, że prawa wyborcze należałoby jakoś ograniczyć? Na przykład wprowadzając cenzus inteligencji.
No to już nie będziesz mógł.

Nie twierdzę, że wyniki eksperymentu można bezpośrednio odnieść do ludzi, w końcu ci są zdecydowanie bardziej skomplikowani niż myszy. Przynajmniej większość. Niemniej można odnieść wrażenie, że coś jest na rzeczy idąc przez miasto, patrząc na kolejne plakaty kampanii przeciw zoofilii i obserwując
<nucić głosem Maji Koman>
chłopaków w pomalowanych licach,
z ogolonymi paszkami, rączkami i nóżkami,
popieprzających na zakupy z damskimi torebkami.
</nucić głosem Maji Koman>
zaraz potem dostrzegając babochłopa czy inną lafiryndę, której normalny człowiek nieuzbrojonym kijem by nie tknął – względnie tknąłby tylko raz. Ruchem posuwistym. Kijem obowiązkowo ogumionym. Najlepiej wcześniej kneblując żeby nie gadała o tipsach i owijając twarz flagą ku chwale ojczyzny – oraz czystości poduszki.
Czy ty sugerujesz, że zdarza ci się uprawiać niezobowiązujący seks z nieznajomymi? Jesteś tak brzydki, że nie przeleciałaby cię nawet nabzdryngolona nimfomanka świeżo po wyjściu z odwyku w klasztorze sióstr Klarysek, gdzie najmniejsze parówki podawano obowiązkowo pokrojone a ogórki nie występowały w formie innej niż mizeria. Homofobie. A na marginesie – Maja odmienia się do Mai a nie Maji, baranie. Wytykania ci literówek już oszczędzę… Jakim cudem ty zdałeś maturę?

Tak czy inaczej, kiedy jacyś kolesie przyjdą podpalić twój dom, ładując giwerę podziękuj, że masz komu dać w ryj. Mając motywację do działania nie spiździejesz do reszty.
Dawno nie musiałeś z nikim walczyć, co?

A tak w ogóle – jak zrytą banię trzeba mieć żeby jarać się jechaniem po samym sobie. To jak połączenie skrajnej nienawiści do siebie z narcystycznym śmianiem się z własnych dowcipów. Cóż, przynajmniej teraz możesz przysłużyć się światu – paru psychologów pewnie się może doktoryzować na twoim przypadku.

Inna sprawa, teraz mogę pojechać po dosłownie każdej osobie na tej planecie i nikt nie zarzuci mi, że nie dostrzegam belki we własnym oku.

 

Wyścig myszy

Niedawno natknąłem się na opis ciekawego eksperymentu przeprowadzonego przez pewnego sadystę w białym kitlu, sadysta nazywał się John Calhoun i w swoim badaniu stworzył niewielkiej z początku populacji myszy idealne warunki do rozmnażania się – czyli jedzenia ile zapragną, brak zagrożeń zewnętrznych, trochę miejsce do bezstresowego zakładania gniazd itd. Czyste złe po prostu, kto normalny chciałby mieć wszystko pod nosem?

Celem eksperymentu było zbadanie jak będzie przebiegać rozwój populacji w utopijnych niemal warunkach (jedynie ograniczona przestrzeń była problemem). Okazało się, że skutkiem stworzenia, wydawałoby się, idealnego środowiska było samounicestwienie się populacji.

Historia zaczęła się od kilku myszy, dokładnie ośmiu, które przez pierwszych kilka miesięcy spokojnie sobie mieszkały w mysim raju po czym zaczęły się szybko rozmnażać, w ciągu niecałego roku tworząc populację ponad sześciuset gryzoni. Po tym okresie wielkiego bzykania nastąpiło spowolnienie rozrostu populacji, pojawiły się też wyraźne aberracje w zachowaniach społecznych, po niecałych dwóch latach natomiast zaczął się nieodwracalny spadek liczebności mocno już zwichrowanych zwierzaków.

Koniec końców populacja złożona z niedorozwiniętych emocjonalnie i społecznie gryzoni, które głównie czyściły swoje futerko, utraciła zdolność reprodukcji nie będąc zainteresowana ani seksem ani walką o dominację.

Nie będę przytaczał dokładnych danych, oszczędzę też dokładnego opisu, kto ciekaw i tak znajdzie materiały w necie. Nadmienię tylko, że w czasie trwania eksperymentu – a dokładnie w czasie staczania się kolonii w mysią nicość, zaobserwowano kilka ciekawych zjawisk:

– stopniowy zanik naturalnych relacji rodzinnych

– wzrost agresywności samic

– połączony ze zniewieścieniem samców

– rozpowszechnienie się homoseksualizmu oraz mysich odpowiedników staropanieństwa czy wiecznej kawalerki

– nierównomierne wykorzystywanie zasobów

Przypomina wam to coś?

Nie twierdzę, że wyniki eksperymentu można bezpośrednio odnieść do ludzi, w końcu ci są zdecydowanie bardziej skomplikowani niż myszy. Przynajmniej większość. Niemniej można odnieść wrażenie, że coś jest na rzeczy idąc przez miasto, patrząc na kolejne plakaty kampanii przeciw zoofilii i obserwując
<nucić głosem Mai Koman>
chłopaków w pomalowanych licach,
z ogolonymi paszkami, rączkami i nóżkami,
popieprzających na zakupy z damskimi torebkami.
</nucić głosem Mai Koman>
zaraz potem dostrzegając babochłopa czy inną lafiryndę, której normalny człowiek nieuzbrojonym kijem by nie tknął – względnie tknąłby tylko raz. Ruchem posuwistym. Kijem obowiązkowo ogumionym. Najlepiej wcześniej kneblując żeby nie gadała o tipsach i owijając twarz flagą ku chwale ojczyzny – oraz czystości poduszki.

Na całe szczęście zagrożeń u nas pod dostatkiem, ostatnio trochę mniej niż zwykle więc da się zaobserwować wysyp różowych rurek, niemniej jednak zawsze coś się znajdzie – jeśli nie głazy sypiące się z nieba to choćby Matuszka Rosja, która zawsze znajdzie sobie coś ciekawego do roboty. Wprawdzie Ukraińcy mogą nie pałać entuzjazmem do tego, jakże motywującego, wyzwania, ale nawet w Kijowie dostrzega się pewne pozytywne aspekty rosyjskiej agresji – przede wszystkim realne wykuwanie niezależności i “mitu założycielskiego” państwa.

W najbliższej okolicy zresztą też mamy masę idiotów, którzy rozwalają ławki i samochody z okazji święta niepodległości – niezależnie od orientacji politycznej, wszystko jedno, brunatne czy czerwone flanelcie (takie zdrobnienie od szmat). Swoją drogą to fajnie byłoby ich wszystkich zebrać na Stadionie Narodowym, zrzucić krakowskie maczety i zajadając się popcornem obserwować z trybun jak problem sam się rozwiązuje. Akcję najlepiej byłoby przeprowadzić w czasie deszczu, oszczędziłoby się na dobijaniu rannych – utopiliby się.

Tak czy inaczej, kiedy jacyś kolesie przyjdą podpalić twój dom, ładując giwerę podziękuj, że masz komu dać w ryj. Mając motywację do działania nie spiździejesz do reszty.

Idiokracja

Jakiś czas temu zacząłem notować różne przykłady zapierającej dech w piersiach głupoty, jakiej to dopuścili się przedstawiciele naszego gatunku. Nie notowałem zbyt długo, nie wyszukiwałem też specjalnie głupot, po prostu zapisywałem idiotyzmy na jakie natknąłem się w sieci oraz poza nią. Tak, dobrze przeczytaliście, poza siecią też czasem można natknąć się na mój wścibski nos. I tak, mnie też to dziwi i napawa pewną dozą niedowierzania, niemniej  fakt ten, jakby się nie wydawał niesamowity, faktem pozostaje.

Wynikiem tego krótkiego eksperymentu była lista kilkunastu bezdennie głupich akcji, których zajścia nie przewidziałby nikt obdarzony inteligencją choćby krztynę przewyższającą puszkę z pasikonikami w curry (tak, takie są w sprzedaży). Moją bezsprzeczną faworytką jest prostytutka mocno zaawansowana wiekiem (jak na prostytutkę), która urodziła dziecko po czym wepchnęła je sobie w odbyt. Nie, nie ściemniam. Inna inteligentna wepchnęła sobie w pochwę ziemniaka jako cudowny środek antykoncepcyjny – w sumie skuteczny, ziemniak jednak narobił nieco zamieszania kiedy puścił pędy. Przypomina mi to historię, którą mi opowiedziała moja ex – faceta z burakiem w tyłku, który trafił na chirurgię w jednym z wrocławskich szpitali. O rewelacjach znajomej położnej nie będę nawet wspominał – zgodnie z popularnym stwierdzeniem – jeżeli jesteś wystarczająco odważna wszystko może być dildo.

Z innej beczki. Jeden eko-fanatyk przykuł się do drzewa, żeby je ratować przed drwalami. Uratował je. W nagrodę został zjedzony przez niedźwiedzia. Inny ziomek zapłacił kilkaset baksów czarodziejowi, żeby ten uczynił go niewidzialnym. Późniejszy napad na bank okazał się, rzecz jasna, klapą. Co w sumie i tak było całkiem nie najgorsze na tle jednego pożal się boże terrorysty, który sam się wysadził w powietrze otwierając paczkę, która wróciła do niego z poczty bo nakleił za mało znaczków. Ponadto dziś zobaczyłem coś, czego istnienia bym nie przypuszczał – pamiętacie wyzwanie kubła lodowatej wody? Jest też wyzwanie wrzącej wody…

O ludziach, którzy zdobyli nieśmiertelność (metaforyczną) poprzez nominację do nagród Darwina nie będę się rozpisywał, kto zna ten wie, dla niewtajemniczonych zdradzę, że laureatem zostaje się za równie spektakularne co idiotyczne zejście. Na przykład poprzez zrobienie sobie amatorskiej liposukcji odkurzaczem(!) albo sprawdzając co się stanie jeżeli skoczy się na minę przeciwczołgową.

To tyle co udało mi się zebrać w ciągu paru dni. Bez specjalnego szukania. A wiecie co w tym wszystkim jest przerażające?

Ci ludzie mogą głosować.

No, przynajmniej ci z nich, którzy nie odpłynęli do krainy wiecznych łowów w mniej lub bardziej efektowny sposób.

Wiem, że nie zabrzmi to szczególnie popularnie ale czy nie uważacie, że prawa wyborcze należałoby jakoś ograniczyć? Na przykład wprowadzając cenzus inteligencji. Tak wiem, dyskusyjna sprawa. Zresztą nie trzeba być szczególnie bystrym żeby być mądrym. Inteligencja to zdolność wyłapywania wzorców, wiedza to zasób posiadanych informacji a mądrość to wypadkowa powyższych.

To może choćby wprowadzić jakieś proste testy z wiedzy na temat elementarnych mechanizmów, na których opiera się działanie państwa. W zasadzie to by było nawet lepsze od testów na inteligencję. Kilkanaście pytań z makroekonomii, prawa i ekonomiki z miejsca odsiałoby od wyborów najbardziej beznadziejne przypadki nie godząc przy tym w podstawy demokracji. Inna sprawa – mój cyniczny realizm podpowiada mi, że być może nawet większość… Ale może by to nie było takie złe?

Lubimy narzekać jakich beznadziejnych mamy polityków tymczasem brutalna prawda jest taka, że każde państwo ma takich polityków na jakich zasługuje jego społeczeństwo – teraz prawo wyborcze ma każdy, kto jakimś cudem nie nabawił się fatalnej marskości wątroby w liceum a skutek jest tego taki, że jedni obiecują mocny social i kolejną iterację Przenajświętszej, drudzy bujają się na tym, że nie są tymi pierwszymi, na boku gaworzą sobie coś pod nosem relikty, które dawno powinny trafić do czerwonego muzeum (a najlepiej gnić w pierdlu), do tego mamy bandę wąsatych Jagien lecących na tego, kto ma akurat więcej szabel a gdzieś w tle chędoży się zgraja, której największym problemem jest określenia własnej orientacji seksualnej.

Już widzę jak bardzo na rękę tej wesołej ferajnie jest dobrze poinformowany, wyedukowany i świadomy mechaniki społecznej i ekonomicznej wyborca. Mniej więc tak jak kapeli disco polo zlot punków. I żeby nie było – moim państwem-bohaterem jest Islandia. Społeczeństwo obywatelskie pełną parą, asertywność wobec banksterów i ludzcy politycy, właśnie z punkowym rodowodem – jak to jeden mądry koleś raz stwierdził, kto nie był buntownikiem za młodu będzie świnią na starość. Byle świnia miała w miarę niepuste koryto i nikt nie starał jej umyć to wieprz, zadowolony własną mizerią, będzie spokojnie chrumkał swoje gorzkie żale i posłusznie truchtał na wybory zagłosować na tego, kto obieca ładniej pomalować chlew.

Kremówką w Premierkę

Nadejszła wiekopomna chwila, oto niedawno premier Polski została Ewa Kopacz, będąc pierwszą kobietą w kraju piastującą to stanowisko. Względnie, premierką Polski została Ewa Kopacz, będąc pierwszą kobietą w kraju piastującą to stanowisko.

Premierką…

Od pewnego czasu da się zaobserwować wzmożoną aktywność feministek na każdym chyba polu, między innymi językowym. Tworzą więc sobie dziewczyny różne neologizmy mające zrównać płcie w nazewnictwie, pomstując na patriarchalny model języka, który stosuje nieustannie opresję względem lepszej płci poprzez odmawianie żeńskich form niektórych zawodów, sugerując, że kobiety nie powinny ich wykonywać. Jako przeciwwagę wprowadza się więc nowe formy, czasem ocierając się o komizm.

Mniejsza o wszystkie te pyskówki jakie się toczą wokół samego zagadnienia feminizmu szeroko pojętego. Mniejsza nawet o samą motywację tworzenia, często na siłę, żeńskich odmian zawodów (a w używaniu tychże przoduje chyba “Polityka”). Osobiście mam to wszystko gdzieś, jak przystało na wrażliwego społecznie osobnika. Co mnie śmieszy to właśnie takie słowa jak premierka, psycholożka, socjolożka i im podobne. A już do łez rozbawienia doprowadzają mnie ludzie, którzy próbują używać takich neologizmów z pełną powagą.

W sumie to dość ciekawa sprawa skoro słowa takie jak dziennikarka, lekarka czy kierowniczka gładko wpisują się w codzienne słownictwo podczas gdy pilotka wywoła jedynie uśmiech bo brzmi to w najlepszym przypadku jak zdrobnienie. Nie chcę wyjść na zrzędliwego nazistę językowego ale sami przyznacie, że jedne neologizmy jakoś bardziej “brzmią” podczas gdy wprowadzanie innych przypomina próbę użycia kremówki zamiast czopka.

Wspomniana premierka jest tu chyba najlepszym przykładem – równie dobrze można byłoby uzbroić Hello Kitty w różowe dildo (i to niezbyt imponujących rozmiarów) a puścić toto w miasto aby zbierało haracz dla mafii. Już widzę powagę w lewym oku restauratorów i przerażenie w prawym.

No chyba nie.

Chciałoby się skomentować tekstem w stylu “jakie czasy takie sufrażystki” ale sobie daruję, zamiast tego może się po ludzku postaram umówić na kawę z jakąś sympatyczną panią psycholog.

Internety umarły

Wczoraj wróciłem sobie beztrosko z pracy, rokoszując się myślą o rozpoczynającym się właśnie urlopie, który chciałem uczcić zakłócając ciszę swojego szałasu jakąś fajną piosenką, niestety jednak, ku mojemu przerażeniu i niedowierzaniu, okazało się, że internet mi zniknął. Ot tak, po prostu. Pomimo płacenia regularnie ciężkich pieniędzy, odejmowania sobie bez mała dwóch naprawdę sporych flaszek od ust miesiąc w miesiąc – internet bezczelnie się ulotnił wraz z moimi marzeniami i planami na życie.

Płacząc i złorzecząc na czym świat stoi zadzwoniłem do obsługi, następnego dnia panowie od providera zjawili się zaskakując mnie w koszmarnym bałaganie mojego mieszkania (serio nie spodziewałem się, że TP faktycznie się zjawi w ciągu 24 h, tak jak ostrzegała), sprawnie naprawili problem (monterzy kogoś podpinali dzień wcześniej i pomylili kabelki – ot, psikus taki) i poszli sobie pozostawiając mnie sam na sam ze sporym kamieniem, który spadł mi z serca na nieumytą podłogę.

Bilans więc nie najgorszy – paręnaście godzin bez stałego łącza, które sobie w międzyczasie zastąpiłem andkową wifidajką – nic się nie stało, Polaku. Niemniej jednak sam fakt, jak serce podeszło mi do gardła kiedy zobaczyłem martwą diodę synchronizacji na routerze, sporo mówi o moim, uzależnieniu od technologii, życiu. I myślę, że nie tylko moim. Pewnie nie przesadzę pisząc, że każdy zdrowy osobnik w tym kraju i krajach ościennych na samą myśl o odłączeniu od matrixa dostaje gęsiej skórki, grypy żołądkowej, zapalenia opon mózgowych, impotencji i wysypki na paznokciach.

Żeby było zabawniej to byłem już swego czasu odcięty od internetu na parę miesięcy (właściciele mieszkania trochę przekombinowali) więc teoretycznie powinienem być uodporniony na zespół odstawienia – tym bardziej, że wspominam czas odłączenia jako niesamowity wręcz okres erupcji twórczości (nadrobiłem z gitarą, że hej, książkę pierwszą zacząłem wtedy też pisać) oraz indukowanego ekstrawertyzmu, który objawił się wspaniale pijanymi weekendami, otwarciem na nowych znajomych a nawet przygruchania sobie całkiem zacnej kobiety. Rzecz jasna są to wspomnienia przefiltrowane przez grubą szmatę czasu (tak wiejskie baby filtrują mleko z bakterii) a w rzeczywistości zapewne telepałem się w drgawkach, szarpiąc struny ręką drżącą w delirium, bazgrząc coś jak kura pazurem byle zabić upływające powoli minuty, upijając się z rozpaczy przy każdej okazji, nie tylko z chęci zapomnienia o parszywym losie ale i z faktu, że na trzeźwo z tymi ludźmi i tak by się nie dało wytrzymać, a kobieta ostatecznie i tak okazała się tradycyjnie złą być. To wszystko jednak (a może właśnie to) nie pozwoliło mi rozradować serca perspektywą powtórzenia się znanego już wybuchu twórczości a chwilowy brak internetu zmroził we mnie wszystkie ciepłe uczucia. Których zresztą i tak nie mam wielu.

Naszła mnie smutna refleksja – te kilka godzin bez neta okazały się być ciężkie – nawet nie chodzi o to, że trzeba się było trzeba zająć czymś innym niż ściąganie na terabajty porno z zuluskimi karlicami, i to i to bym sobie przyswajał niemrawo sztukę czytania oglądając obrazki w książkach, oswajając się przy tym z literkami – sama świadomość trochę ograniczonego (!) dostępu do świata była jakaś taka nieswoja, niepokojąca, drążąca lodowym wiertłem wnętrzności. Ręka w górę – kto by się nie sfajdał ze strachu lądując z dnia na dzień w miejscu bez dostępu do neta?

A teraz sobie wyobraźcie co by było, gdybyśmy oberwali jakąś szczególnie epicką falą wiatru słonecznego, falą elektromagnetyczną z bomby atomowej albo czymkolwiek innym skutecznie niszczącym infrastrukturę teleinformatyczną – rozmiary chaosu i rozlewu krwi przekroczyłby zapewne rozmiary armagedonu wywołanego przez hipotetyczne zejście demonów niebios, pozbawiających ludzi umiejętności kłamania. Totalna apokalipsa, paraliż obracający się w zagładę, kochankowie stający przeciwko sobie w śmiertelnych pojedynkach, cywilizacja grzebiąca się we własnym grobie rękami swoich pogubionych dzieci.

Jeszcze dziesięć lat temu ludzie obywali się jakoś bez internetu w komórce, piętnaście lat temu – nawet bez samej komórki. Ba, bez komputerów w ogóle, wcześniej bez kuchenek mikrofalowych, bez lodówek i tak dalej. Im dalej w las tym bardziej uzależnieni robimy się od własnych narzędzi, które de facto stają się naszymi protezami – po co komu analogowa ręka jak może mieć wypasiony iHand, gorzej jak padną baterie. Konia z rzędem temu, kto by potrafił dziś przeżyć bez techniki. Nie mówię tu nawet o takich sprawach jak zrzut w miejsce bez cywilizacji, zapałek i sklepów z przetworami rybnymi. Chodzi mi o tak proste rzeczy jak sprawdzenie drogi, umówienie się z kimś, sprawdzenia jakichś banalnych spraw typu umiejscowienie miejsca sinawego w pniu mózgu albo tym podobne. Inna sprawa, że na darowanego konia z rzędem i tak byśmy nie potrafili już wsiąść bez uprzedniego treningu przez hippo-coacha, nie wspominam o takim bez siodła.

Co najgorsze – nie ma chyba sposobu żeby się skutecznie wygrzebać z hipotetycznej a powszechnej zagłady. Nikt z nas nie potrafiłby zrobić nawet najprostszej rzeczy, na jakich istnienie nawet nie zwracamy uwagi albo nie zawracamy sobie w ogóle głowy ich produkcją. Głupi ołówek – potrzebny jest ktoś, kto się zna na obróbce drewna, potrzebny jest ktoś, kto się zna na samym ścinaniu drzew, na transporcie, na wydobyciu węgla, na przetworzeniu itd itp etc. Dosłownie – na tej planecie nie ma ani jednej osoby, która potrafiłaby zrobić głupi ołówek. W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy debilami korzystającymi cały czas z rzeczy, których funkcjonowanie zupełnie nie ogarniamy.

Oglądałem jakiś czas temu skecz traktujący właśnie o kwestii wyspecjalizowania zawodów – padło w nim takie pytanie: jeśli zrzucę cię na bezludną wyspę to ile czasu zajmie ci wysłanie do mnie maila?

Cóż, pozostaje mieć nadzieje, że nic w nas nie pierdyknie. Oraz, paradoksalnie w tym kontekście, dotować naukowców żeby opracowali rzeczy nie do zepsucia. Takie maksymalnie idiotoodporne.

Lenistwo

Tak właśnie, lenistwo. Czy raczej prokrastynacja w przypadku tego wpisu konkretnie. Wszyscy znamy, wszyscy stosujemy, wszyscy lubimy na swój perwersyjny sposób. Na ten temat wylano już mnóstwo tekstu, czasem nawet sensownego, najczęściej niekoniecznie. Wszyscy z tym walczymy równie heroicznie jak rastaman, który jakimś zrządzeniem losu zarabia na ryż pracując w policji. W wydziale anytnakrotykowym. W sekcja walki z marihuaną. Niemożliwe? Pewnie nie ale to mój blog i mogę wygadywać dowolne głupoty. Dla świętego spokoju mogę napisać, że dziecię Jah wylądowało w policji, bo nie chciało mu się uciec przed łapanką uliczną. Albo było zbyt zjarane żeby ogarnąć co się świeci kiedy jacyś dziwni ludzie ubierali go w mundur i obcinali dready.

Tak czy inaczej, walka z lenistwem idzie nam właśnie jak temu ujaranemu gliniarzowi – wiemy, że wszyscy wokół mówią, że trzeba z tym walczyć. Sami nawet mówimy, że trzeba z tym walczyć. Czasem nawet z tym walczymy, zwłaszcza kiedy inni patrzą. A kiedy już dorwiemy dealera ciesząc się jak dziecko z własnej produktywności – zgarniamy cały towar i w nagrodę za własne osiągnięcia leżymy do góry brzuchem przez następne pół roku, upaleni jak świnie własnym tryumfem w walce z tym, co właśnie świętujemy poprzez uskutecznianie tego, z czym walczymy.

Wbrew pozorom jestem trzeźwy, gdyby ktoś pytał. Nad czym boleję. Mojemu dostawcy sarny wpierniczyły wszystkie krzaczki niedawno. Taki skutki hodowania zioła w lesie. A może to była jedna sarna? Zjadła krzaczka, złapało ja gastro więc zjadała następny? I tak potem kolejny. I tak aż do ostatniego? Taka wizja jednocześnie mnie przeraża i kręci, żeby nie powiedzieć, że jara bo tego słowa już dziś sporo nadużyłem.

Wracając jednak do mocno dotąd rozmytego meritum – może by tak poruszyć kwestię, od której powinienem zacząć – czy da się termin prokrastynacja używać zamiennie z terminem lenistwo? W zasadzie jedno i drugie to przejawy tego samego zjawiska, niemniej jest pewna różnica. Otwarcie przyznając się do lenistwa pozbawiamy siebie i innych choćby pozrów dążenia do twórczego, produktywnego życia. Prokrastynacja jest na tym tle zjawiskiem jednocześnie łagodniejszym i w cholerę bardziej niebezpiecznym. Wmawiamy sobie, że coś zrobimy jutro a póki co musimy np. obejrzeć jeszcze jedno fail compilation (albo win compilation dla stwarzania pozorów automotywacji) a i tak nic nie czynimy. Skutek otwartego lenistwa oraz odkładania na później jest więc w zasadzie identyczny – siedzimy i produkujemy jedynie dwutlenek węgla. Z tym, że o ile regularne lenistwo, objawiające się przeświadczeniem, że czegoś nie zrobimy i ch..j jest jakby zdrowsze bo pozbawione wszelkich wyrzutów sumienia i zakłócających spokój duszy ambicji. Natomiast jechanie na biegu „mańana” – jestem boski, ogarnę to, jutro, czy tam w ogóle w przyszłości – nie dość, że jest w istocie równie pozbawione wszelkich przejawów wydajności życiowej, to do tego jeszcze tworzy w naszych głowach narkotyczną ułudę, że jednak nie jesteśmy tak leniwi jak jesteśmy. Dodatkowo, perspektywa, że jednak kiedyś ruszymy tyłek żeby uczynić światu cokolwiek dobrego, zatruwa nasz umysł, nie pozwalając w pełni cieszyć się bezruchem, umniejszając rozmiary maksymalnego relaksu, jaki dałoby się osiągnąć pozbawiwszy się ambicji – a wręcz nas taka perspektywa hipotetycznej użyteczności stresuje, męczymy się więc nie robiąc nic.

Oba te czynniki do kupy tylko pogłębiają stan doskonałej nieważkości operatywnej, zniechęcając do poruszenia nieba i ziemi, a przynajmniej własnej osoby (przy odpowiednim zapamiętaniu we wpierniczaniu czekolady możemy faktycznie poruszyć ziemię, wywołując lokalne wstrząsy sejsmiczne) do zrobienia CZEGOŚ. Przy takim zestawie człowiek nie zostanie nawet mistrzem świata w opierniczaniu się.

Remedium? Jedno jest najskuteczniejsze, kula w łeb – nigdy więcej wyrzutów sumienia, rachunków za internet a dodatkowo w końcu można się wyspać. Dla ludzi, którzy uznają takie środki zaradcze za zbyt bezkompromisowe – można pójść na sadystyczną łatwiznę i zmuszać się codziennie do zrobienia czegokolwiek konstruktywnego. Choćby jednej, najmniejszej rzeczy. Nawet jeśli miało by to być umycie naczyń, zawiązanie sznurówki cobyśmy się nie wywalili prosto pod szynobus albo napisanie w końcu pracy dyplomowej, którą ostatecznie trzeba jutro oddać. W końcu wejdzie nam w nawyk robienie czegokolwiek.

(Z autopsji powiem też, że niesamowicie skutecznym środkiem jest głód – na którymś roku studiów miałem zaległości z paru laborek takie, że ze zdenerwowanie niemal nie mogłem ruszyć drugiej pizzy. No dobra, drugiej marchewki, w końcu to studia były. W końcu znalazłem na siebie sposób – starczyło robić zakupu z dnia na dzień tak, żeby rano nie mieć niczego w lodówce i zakodować sobie, że nie ruszę tyłka do sklepu póki nie zrobię kolejnej laborki. Okazało się to nad wyraz skuteczne, nawet jeśli nico szalone (na moje – szalenie racjonalne), …a do tego wylaszczyłem się.)

Co zrobiłem dziś aby zwalczyć w sobie wewnętrznego lenia? Polałem trochę wody na blogu. I mam fajrant. A Ty?