Lekka irytacja

Jestem cholerykiem. Wprawdzie mam dość wysoki próg wytrzymałości, niemniej jednak jestem cholerykiem, z czego zdałem sobie dzisiaj sprawę z całą potworną świadomością – konkretnie w momencie, kiedy się zorientowałem, że w pełni rozumiem morderców, którzy zabijają w afekcie. Może nieco przesadzam ale pan żul, który podszedł do mnie w chwili, kiedy mój poziom wkurwienia sięgał zenitu dziwnym trafem położył po sobie uszy jak tylko spojrzałem mu w oczy.

Po kolei jednak. Poniedziałków chyba nikt nie lubi, prawda? A mi one raczej powiewają, na swój perwersyjny sposób nawet je lubię – zawsze sobie wmawiam, że o to od tego poniedziałku zacznę być gwiazdą flamenco, znanym pisarzem, poczytnym blogerem, przystojniakiem, bogaczem oraz dobrym człowiekiem. Wprawdzie w niedzielę mogę już tylko zapłakać nad sobą ale nawet na to jestem zbyt leniwy, wszak dzień święty należy święcić a płacz będący refleksją nad sobą można byłoby podciągnąć pod pracę – więc nie wypada. Sabat (tj. sobotę) również świecę swoją drogą – co przy fakcie, że jestem ateistą zakrawa już na skrajny oportunizm.

Tego feralnego poniedziałku powziąłem jednak postanowienie coby faktycznie zrobić coś produktywnego, np. zaopatrzyć się w kilka potrzebnych rzeczy do domu, w tym celu zaraz po wyjściu z biura skierowałem swoje koła w kierunku podmiejskiej krainy marketami słynącej. Wprawdzie już po wyjeździe z parkingu natknąłem się na korek na pół miasta, który według moich kalkulacji za horyzontem ciągnął się jeszcze przez kolejne pół, niezrażony (bardzo) tym faktem jednak stwierdziłem, że pojadę po okrężnej. Okazało się być to błędem. Już trzecim tego dnia – pierwszym było wstanie z łóżka, drugim przerost ambicji implikującym szczerą chęcią zrobienia czegoś.

Zaraz po wygraniu z pierwszym zatorem władowałem się w drugi – ten już nie ciągnął przez całe miasto ale przez całą drogę dookoła niego, co dało mi półtora godziny sam na sam ze sobą. Sukces jak w mordę strzelił, szybciej byłoby jednak zostać w pierwszym korku. Nie macie czasem wrażenia, że ze wszystkich złych opcji zawsze bezbłędnie wybieracie najgorszą? Ja mam cały czas. Ponadto jestem chyba jakimś motoryzacyjnym anty-Mojżeszem – gdzie się nie pojawię tam korki wzbierają przede mną niczym morze.

Jeszcze jakiś czas temu walczyłem z radiem samochodowym żeby zablokować automatyczne włączanie się wiadomości kiedy leci płyta – walkę wygrałem. Dziś za to chciałem z powrotem to włączyć żeby się dowiedzieć skąd ten korek, dokąd i czy da się to jakoś ominąć. Rzecz jasna za cholerę nie potrafiłem na nowo ustawić opcji, skazując się tym samym na tkwienie w korku przy akompaniamencie “łagodnych przebojów dla wszystkich”, co tylko jeszcze bardziej rozrzedziło krew przewijającą się przez mój układ kortyzolonośny. W końcu trafiłem na info z lokalnej stacji mówiącej, że na drodze, którą się toczę “wciąż jest zator”.

No serio? Ale poważnie? Co ty nie powiesz, geniuszu, nie zauważyłem. Taka historia, patrzcie no, taka wasza mać.

W końcu dotarłem do, jak mi się zdaje, praprzyczyny komunikacyjnego zła, którym okazało się wycięcie jednego (jednego!) pasa przy końcu wylotu z miasta. Grubo. Znaczy cienko… no nieważne. Koniec końców udało mi się w końcu dotrzeć do sklepu, gdzie mega wkurzony szukałem miejsca do parkowania. Żeby praw Murphiego stało się zadość – z pierdyliarda możliwych alejek musiałem wjechać właśnie w tą gdzie jeszcze raz utknąłem za jakąś słodką idiotką usiłującą zaparkować kręcąc kierownicą  jak oszalała, jednocześnie szarpiąc gałkę skrzyni biegów jak… no nieważne (if you know what I mean). Technika parkowania tyleż efektowna co nieefektywna – normalnie ta heroiczna walka kobiety z wrażym parkingiem byłaby nawet śmieszna – ale w sytuacji, kiedy człowiek stara się sobie przypomnień wzór i syntezę nitrogliceryny robi się jednak niebezpiecznie…

Koniec końców wysiadłem z samochodu i niezatrzymywany już przez nic poszedłem w kierunki wejścia jak bóg furii i zniszczenia, sypiąc za sobą wkurw-pioruny. Po drodze dojrzałem jeszcze kolejną ogarniętą inaczej starającą się wpakować mocno ponadwymiarową paczkę do swojego tyciego bagażnika. Przez chwilę zastanawiałem się czy nie pomóc jej jakoś ale logika poparta doświadczeniem podpowiadała mi, że lepiej nie podchodzić bo przy pierwszym, niezbyt bystrym tekście ze strony tejże niewiasty mógłbym pokazać się z jak najgorszej strony, nawet pomimo najlepszych chęci.

I właśnie kiedy rozmyślałem, czy w razie czego musiałbym się liczyć z zarzutami o morderstwo ze szczególnym okrucieństwem, podszedł do mnie wspomniany pan żul – zapewne chciał zacząć od charakterystycznie ochrypłego “panie złoty, daj pan na zupę” ale zdążył jedynie otworzyć usta zanim nie nawiązałem z nim kontaktu wzrokowego. I wyszło na to, że moje dywagacje na temat mojej hipotetycznej odsiadki za zabójstwo wcale nie były tak bardzo nie na miejscu, bo menel się z miejsca zwinął jak zbity kundel nie werbalizując swych marzeń…

Wnioski są trzy, ponadto jeden temat do dalszych rozważań. Jeden – wkurwiony samiec to samiec alfa i nawet stara cyganka mu się nie odważy wróżyć. Dwa, czekolada ma wybitne właściwości do zbijania zdenerwowania – przetestowałem. Poza tym – prawa Murphiego to nie hipoteza – to kompletna teoria jeśli nie prawda objawiona.

Ile razy w życiu mieliście wrażenie, że popełniacie seriami najgorsze możliwe błędy? Jedziesz do pracy wybierając najgorszy możliwy sposób dostania się do biura. Wybierasz sobie najbardziej poroniony projekt, dostajesz do współpracy największych obiboków. Wracasz z pracy inną trasą – tym razem ta się okazuje najgorsza. Mając wszystkiego dość włączasz sobie jakąś odmóżdżającą sieciówkę – i co? Oczywiście trafiasz do drużyny największych lamerów na serwerze. Kalkulujesz dniami no nocami na jakąś umowę i podpisujesz najmniej korzystną. I tak dalej, i tym podobne, i w ten deseń.

Jedno z praw Murphiego brzmi – jeśli coś może się schrzanić – schrzani się na pewno. Od siebie dodałbym, że schrzani się do tego w momencie, kiedy spowoduje najwięcej zniszczeń.

Trzeci wniosek – mam dziwną tendencję do dostawania weny jedynie wtedy, kiedy coś mnie wkurzy, a że mimo wszystko nie zdarza się to często (może dlatego uderza z większa mocą kiedy się już zdarza) to coś mi się z kolei nie widzi prędkie skończenie książki jednej czy drugiej…

A na marginesie – zawsze lubiłem pewien komentarz do praw Murphiego – “Murphy był optymistą”.

Autodestrukcja

Mam wrażenie, że jestem szczęśliwym człowiekiem albowiem od dawna nie znalazłem żadnej rzeczy, na którą mógłbym narzekać. OK, OK, tak wiem, farsa z wyborami, koleś w koszuli obrażającej feministki, wysokie podatki, ustawiczny horror w służbie zdrowia i chroniczny w sejmie, permanentny w Unii Europejskiej i trwały na świecie. Ale – na te tematy wylano, wylewa się i wylewać będzie oceany grafomanii więc nie widzę powodu coby dokładać swoje trzy grosze. Dzisiaj. Zamiast tego wolę się skupić na czymś bardziej namacalnym. Hmm… o! Ten koleś w lustrze wygląda jak niezła niedorajda, w dodatku roi mu się kariera blogera. Haha ciekawe co tam pisze.

Nie posiadam telewizora. Nie widziałem nigdy potrzeby zaopatrzenia się w takowy sprzęt…
Mówisz, jakbyś miał za co go kupić i miejsce gdzie go wstawić. Swoją drogą to zaleciało hipsterstwem.

Rzecz jasna, funkcjonalność mojej kuchni stała się jeszcze lepszym pretekstem do podniesienia problemu mojej żony, czy raczej jej braku. Czyli na moje – brakiem problemu, ale o tym może innym razem.
Nie masz żony bo cię żadna nie chciała, a te co miały słabe oczy i stwierdzone zaburzenia psychiczne sam rzuciłeś, emocjonalny niedojebie.

Małe podsumowanie – ludzie śmieją się z gówna. Dosłownie. Pal licho mityczne społeczeństwo, które uważane jest za bandę idiotów – przez społeczeństwo właśnie. (…) roję sobie, że istnieje pewna różnica pomiędzy absurdalnym z definicji, ciężkim humorem a boleśnie dosłownym w treści i formie gównem na scenie.
Mhm, klocek na scenie gorszy od wirtualnego? Argumentacja naciągana jak szwy na spodniach grubasa.

To jak z noszeniem prezerwatywy w portfelu – masz nadzieję ale w końcu stwierdzasz, że nie ma co się oszukiwać.
Przyznam, że ujął mnie własny realizm.

Na co ludzie lubią patrzeć najbardziej? Ano na ludzi głupszych od siebie i rzeczy, których sami by nie zrobili w prawdziwym życiu bo są zbyt durne, poniżej ich poziomu.
Napisał, po czym zabrał się za czytanie nominacji do nagród Darwina i oglądania kolejnego fail compilation.

A tak na marginesie – wie ktoś, gdzie w Katowicach można dostać chmeli suneli?
Spróbuj w internecie, geniuszu? Zresztą, po co ci przyprawy, i tak nie gotujesz nic bardziej skomplikowanego od parówek.

Mogłeś za smarkacza dostawać codziennie wciory od większych kolegów w podstawówce, nienawidząc jej przez to wtedy, ale po latach zawsze będziesz wspominał szkołę jako czas beztroski.
Znasz temat z autopsji, co, kujonie?

Ciągnąc się niemiłosiernie za jakimś Porshe, czując w ustach niemal fizycznie ironię ulatniającą się z rury wydechowej sportowego samochodu toczącego się metr po metrze przez miasto.
To nie ironia tylko siarczany. Ale widocznie głodnemu chleb na myśli. Tęskni ci się do dobrych, tanich, licealnych win?

(…)lenistwo. Czy raczej prokrastynacja w przypadku tego wpisu konkretnie. Wszyscy znamy, wszyscy stosujemy, wszyscy lubimy na swój perwersyjny sposób.
Myślę, że nikt się w nim nie lubuje tak jak ty.

Niemożliwe? Pewnie nie ale to mój blog i mogę wygadywać dowolne głupoty.
Jeszcze nie zauważyłem nic poza nimi.

A kiedy już dorwiemy dealera ciesząc się jak dziecko z własnej produktywności – zgarniamy cały towar i w nagrodę za własne osiągnięcia leżymy do góry brzuchem przez następne pół roku, upaleni jak świnie własnym tryumfem w walce z tym, co właśnie świętujemy poprzez uskutecznianie tego, z czym walczymy.
Czytam to piąty raz i dalej nie wiem o co chodzi. To mówisz, że ilu dealerów gnije w piwnicy?

Wbrew pozorom jestem trzeźwy, gdyby ktoś pytał.
Ja, mhm.

Wracając jednak do mocno dotąd rozmytego meritum(…)
Oj mocno. Jak czynnik aktywny w “lekach” homeopatycznych.

(…)czy da się termin prokrastynacja używać zamiennie z terminem lenistwo?
…stary, ty to masz problemy. Znajdź sobie coś do roboty.

Oba te czynniki do kupy tylko pogłębiają stan doskonałej nieważkości operatywnej.
Que?

Remedium? Jedno jest najskuteczniejsze, kula w łeb – nigdy więcej wyrzutów sumienia, rachunków za internet a dodatkowo w końcu można się wyspać.
Jesteś zbyt mało ogarnięty żeby załatwić sobie rewolwer i zbyt biedny żeby cię było na niego stać ale mieszkasz na siódmym piętrze więc śmiało, świat stoi przed tobą otworem.

Dla ludzi, którzy uznają takie środki zaradcze za zbyt bezkompromisowe – można pójść na sadystyczną łatwiznę i zmuszać się codziennie do zrobienia czegokolwiek konstruktywnego. Choćby jednej, najmniejszej rzeczy.
Zawiązałem dzisiaj sam sznurówki, liczy się?

Nawet jeśli miało by to być umycie naczyń, zawiązanie sznurówki(…)
Mhm, ok…ambitnie.

(…)byłem już swego czasu odcięty od internetu na parę miesięcy (właściciele mieszkania trochę przekombinowali) więc teoretycznie powinienem być uodporniony na zespół odstawienia.
Taa a teraz nawet do kibla chodzisz z telefonem. Może czas faktycznie pomyśleć o odwyku?

(…)wyobraźcie [sobie] coby było, gdybyśmy oberwali jakąś szczególnie epicką falą wiatru słonecznego, falą elektromagnetyczną z bomby atomowej albo czymkolwiek innym skutecznie niszczącym infrastrukturę teleinformatyczną – rozmiary chaosu i rozlewu krwi przekroczyłby zapewne rozmiary armagedonu wywołanego przez hipotetyczne zejście demonów niebios(…)
A co gorsza – straciłbyś robotę.

W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy debilami korzystającymi cały czas z rzeczy, których funkcjonowanie zupełnie nie ogarniamy.
A ty pierwszy pomiędzy równymi.

[należy] dotować naukowców żeby opracowali rzeczy nie do zepsucia. Takie maksymalnie idiotoodporne.
Coś w sam raz dla ciebie. Nawet zaprogramowanie pralki nie idzie ci zbyt dobrze. Nic dziwnego, że nie znalazłeś roboty jako programista mikrokontrolerów.

Nadejszła wiekopomna chwila (…)
Język polska trudna?

Co mnie śmieszy to właśnie takie słowa jak premierka, psycholożka, socjolożka i im podobne.
Już widzę jak mówisz im to w twarz. Zwłaszcza tym z dużym biustem.

W sumie to dość ciekawa sprawa skoro słowa takie jak dziennikarka, lekarka czy kierowniczka gładko wpisują się w codzienne słownictwo podczas gdy pilotka wywoła jedynie uśmiech bo brzmi to w najlepszym przypadku jak zdrobnienie.
Wszystko co istniało albo zostało wymyślone dopóki nie skończyłeś 15 lat jest normalne, wszystko co zostało wymyślone później jest do przyjęcia o ile nie skończyłeś już 25 – po tych urodzinach wszystko co nowe jest nienaturalne. Masz prawie 30.

Wspomniana premierka jest tu chyba najlepszym przykładem – równie dobrze można byłoby uzbroić Hello Kitty w różowe dildo (i to niezbyt imponujących rozmiarów) a puścić toto w miasto aby zbierało haracz dla mafii. Już widzę powagę w lewym oku restauratorów i przerażenie w prawym.
Ty byś się zesrał ze strachu.

Chciałoby się skomentować tekstem w stylu “jakie czasy takie sufrażystki” ale sobie daruję, zamiast tego może się po ludzku postaram umówić na kawę z jakąś sympatyczną panią psycholog.
No i co, umówiłeś się? Nie, terapia się nie liczy.

Jakiś czas temu zacząłem notować różne przykłady zapierającej dech w piersiach głupoty, jakiej to dopuścili się przedstawiciele naszego gatunku. Nie notowałem zbyt długo, nie wyszukiwałem też specjalnie głupot, po prostu zapisywałem idiotyzmy na jakie natknąłem się w sieci oraz poza nią.
A dopisałeś do listy swoje zabawy z materiałami wybuchowymi domowej roboty, grzebaniem w gniazdku i studia na wydziale prawa?

To tyle co udało mi się zebrać w ciągu paru dni. Bez specjalnego szukania. A wiecie co w tym wszystkim jest przerażające? Ci [bezdennie głupi] ludzie mogą głosować.
Ty też możesz i nikt się nie pluje.

Wiem, że nie zabrzmi to szczególnie popularnie ale czy nie uważacie, że prawa wyborcze należałoby jakoś ograniczyć? Na przykład wprowadzając cenzus inteligencji.
No to już nie będziesz mógł.

Nie twierdzę, że wyniki eksperymentu można bezpośrednio odnieść do ludzi, w końcu ci są zdecydowanie bardziej skomplikowani niż myszy. Przynajmniej większość. Niemniej można odnieść wrażenie, że coś jest na rzeczy idąc przez miasto, patrząc na kolejne plakaty kampanii przeciw zoofilii i obserwując
<nucić głosem Maji Koman>
chłopaków w pomalowanych licach,
z ogolonymi paszkami, rączkami i nóżkami,
popieprzających na zakupy z damskimi torebkami.
</nucić głosem Maji Koman>
zaraz potem dostrzegając babochłopa czy inną lafiryndę, której normalny człowiek nieuzbrojonym kijem by nie tknął – względnie tknąłby tylko raz. Ruchem posuwistym. Kijem obowiązkowo ogumionym. Najlepiej wcześniej kneblując żeby nie gadała o tipsach i owijając twarz flagą ku chwale ojczyzny – oraz czystości poduszki.
Czy ty sugerujesz, że zdarza ci się uprawiać niezobowiązujący seks z nieznajomymi? Jesteś tak brzydki, że nie przeleciałaby cię nawet nabzdryngolona nimfomanka świeżo po wyjściu z odwyku w klasztorze sióstr Klarysek, gdzie najmniejsze parówki podawano obowiązkowo pokrojone a ogórki nie występowały w formie innej niż mizeria. Homofobie. A na marginesie – Maja odmienia się do Mai a nie Maji, baranie. Wytykania ci literówek już oszczędzę… Jakim cudem ty zdałeś maturę?

Tak czy inaczej, kiedy jacyś kolesie przyjdą podpalić twój dom, ładując giwerę podziękuj, że masz komu dać w ryj. Mając motywację do działania nie spiździejesz do reszty.
Dawno nie musiałeś z nikim walczyć, co?

A tak w ogóle – jak zrytą banię trzeba mieć żeby jarać się jechaniem po samym sobie. To jak połączenie skrajnej nienawiści do siebie z narcystycznym śmianiem się z własnych dowcipów. Cóż, przynajmniej teraz możesz przysłużyć się światu – paru psychologów pewnie się może doktoryzować na twoim przypadku.

Inna sprawa, teraz mogę pojechać po dosłownie każdej osobie na tej planecie i nikt nie zarzuci mi, że nie dostrzegam belki we własnym oku.

 

Wyścig myszy

Niedawno natknąłem się na opis ciekawego eksperymentu przeprowadzonego przez pewnego sadystę w białym kitlu, sadysta nazywał się John Calhoun i w swoim badaniu stworzył niewielkiej z początku populacji myszy idealne warunki do rozmnażania się – czyli jedzenia ile zapragną, brak zagrożeń zewnętrznych, trochę miejsce do bezstresowego zakładania gniazd itd. Czyste złe po prostu, kto normalny chciałby mieć wszystko pod nosem?

Celem eksperymentu było zbadanie jak będzie przebiegać rozwój populacji w utopijnych niemal warunkach (jedynie ograniczona przestrzeń była problemem). Okazało się, że skutkiem stworzenia, wydawałoby się, idealnego środowiska było samounicestwienie się populacji.

Historia zaczęła się od kilku myszy, dokładnie ośmiu, które przez pierwszych kilka miesięcy spokojnie sobie mieszkały w mysim raju po czym zaczęły się szybko rozmnażać, w ciągu niecałego roku tworząc populację ponad sześciuset gryzoni. Po tym okresie wielkiego bzykania nastąpiło spowolnienie rozrostu populacji, pojawiły się też wyraźne aberracje w zachowaniach społecznych, po niecałych dwóch latach natomiast zaczął się nieodwracalny spadek liczebności mocno już zwichrowanych zwierzaków.

Koniec końców populacja złożona z niedorozwiniętych emocjonalnie i społecznie gryzoni, które głównie czyściły swoje futerko, utraciła zdolność reprodukcji nie będąc zainteresowana ani seksem ani walką o dominację.

Nie będę przytaczał dokładnych danych, oszczędzę też dokładnego opisu, kto ciekaw i tak znajdzie materiały w necie. Nadmienię tylko, że w czasie trwania eksperymentu – a dokładnie w czasie staczania się kolonii w mysią nicość, zaobserwowano kilka ciekawych zjawisk:

– stopniowy zanik naturalnych relacji rodzinnych

– wzrost agresywności samic

– połączony ze zniewieścieniem samców

– rozpowszechnienie się homoseksualizmu oraz mysich odpowiedników staropanieństwa czy wiecznej kawalerki

– nierównomierne wykorzystywanie zasobów

Przypomina wam to coś?

Nie twierdzę, że wyniki eksperymentu można bezpośrednio odnieść do ludzi, w końcu ci są zdecydowanie bardziej skomplikowani niż myszy. Przynajmniej większość. Niemniej można odnieść wrażenie, że coś jest na rzeczy idąc przez miasto, patrząc na kolejne plakaty kampanii przeciw zoofilii i obserwując
<nucić głosem Mai Koman>
chłopaków w pomalowanych licach,
z ogolonymi paszkami, rączkami i nóżkami,
popieprzających na zakupy z damskimi torebkami.
</nucić głosem Mai Koman>
zaraz potem dostrzegając babochłopa czy inną lafiryndę, której normalny człowiek nieuzbrojonym kijem by nie tknął – względnie tknąłby tylko raz. Ruchem posuwistym. Kijem obowiązkowo ogumionym. Najlepiej wcześniej kneblując żeby nie gadała o tipsach i owijając twarz flagą ku chwale ojczyzny – oraz czystości poduszki.

Na całe szczęście zagrożeń u nas pod dostatkiem, ostatnio trochę mniej niż zwykle więc da się zaobserwować wysyp różowych rurek, niemniej jednak zawsze coś się znajdzie – jeśli nie głazy sypiące się z nieba to choćby Matuszka Rosja, która zawsze znajdzie sobie coś ciekawego do roboty. Wprawdzie Ukraińcy mogą nie pałać entuzjazmem do tego, jakże motywującego, wyzwania, ale nawet w Kijowie dostrzega się pewne pozytywne aspekty rosyjskiej agresji – przede wszystkim realne wykuwanie niezależności i “mitu założycielskiego” państwa.

W najbliższej okolicy zresztą też mamy masę idiotów, którzy rozwalają ławki i samochody z okazji święta niepodległości – niezależnie od orientacji politycznej, wszystko jedno, brunatne czy czerwone flanelcie (takie zdrobnienie od szmat). Swoją drogą to fajnie byłoby ich wszystkich zebrać na Stadionie Narodowym, zrzucić krakowskie maczety i zajadając się popcornem obserwować z trybun jak problem sam się rozwiązuje. Akcję najlepiej byłoby przeprowadzić w czasie deszczu, oszczędziłoby się na dobijaniu rannych – utopiliby się.

Tak czy inaczej, kiedy jacyś kolesie przyjdą podpalić twój dom, ładując giwerę podziękuj, że masz komu dać w ryj. Mając motywację do działania nie spiździejesz do reszty.

Idiokracja

Jakiś czas temu zacząłem notować różne przykłady zapierającej dech w piersiach głupoty, jakiej to dopuścili się przedstawiciele naszego gatunku. Nie notowałem zbyt długo, nie wyszukiwałem też specjalnie głupot, po prostu zapisywałem idiotyzmy na jakie natknąłem się w sieci oraz poza nią. Tak, dobrze przeczytaliście, poza siecią też czasem można natknąć się na mój wścibski nos. I tak, mnie też to dziwi i napawa pewną dozą niedowierzania, niemniej  fakt ten, jakby się nie wydawał niesamowity, faktem pozostaje.

Wynikiem tego krótkiego eksperymentu była lista kilkunastu bezdennie głupich akcji, których zajścia nie przewidziałby nikt obdarzony inteligencją choćby krztynę przewyższającą puszkę z pasikonikami w curry (tak, takie są w sprzedaży). Moją bezsprzeczną faworytką jest prostytutka mocno zaawansowana wiekiem (jak na prostytutkę), która urodziła dziecko po czym wepchnęła je sobie w odbyt. Nie, nie ściemniam. Inna inteligentna wepchnęła sobie w pochwę ziemniaka jako cudowny środek antykoncepcyjny – w sumie skuteczny, ziemniak jednak narobił nieco zamieszania kiedy puścił pędy. Przypomina mi to historię, którą mi opowiedziała moja ex – faceta z burakiem w tyłku, który trafił na chirurgię w jednym z wrocławskich szpitali. O rewelacjach znajomej położnej nie będę nawet wspominał – zgodnie z popularnym stwierdzeniem – jeżeli jesteś wystarczająco odważna wszystko może być dildo.

Z innej beczki. Jeden eko-fanatyk przykuł się do drzewa, żeby je ratować przed drwalami. Uratował je. W nagrodę został zjedzony przez niedźwiedzia. Inny ziomek zapłacił kilkaset baksów czarodziejowi, żeby ten uczynił go niewidzialnym. Późniejszy napad na bank okazał się, rzecz jasna, klapą. Co w sumie i tak było całkiem nie najgorsze na tle jednego pożal się boże terrorysty, który sam się wysadził w powietrze otwierając paczkę, która wróciła do niego z poczty bo nakleił za mało znaczków. Ponadto dziś zobaczyłem coś, czego istnienia bym nie przypuszczał – pamiętacie wyzwanie kubła lodowatej wody? Jest też wyzwanie wrzącej wody…

O ludziach, którzy zdobyli nieśmiertelność (metaforyczną) poprzez nominację do nagród Darwina nie będę się rozpisywał, kto zna ten wie, dla niewtajemniczonych zdradzę, że laureatem zostaje się za równie spektakularne co idiotyczne zejście. Na przykład poprzez zrobienie sobie amatorskiej liposukcji odkurzaczem(!) albo sprawdzając co się stanie jeżeli skoczy się na minę przeciwczołgową.

To tyle co udało mi się zebrać w ciągu paru dni. Bez specjalnego szukania. A wiecie co w tym wszystkim jest przerażające?

Ci ludzie mogą głosować.

No, przynajmniej ci z nich, którzy nie odpłynęli do krainy wiecznych łowów w mniej lub bardziej efektowny sposób.

Wiem, że nie zabrzmi to szczególnie popularnie ale czy nie uważacie, że prawa wyborcze należałoby jakoś ograniczyć? Na przykład wprowadzając cenzus inteligencji. Tak wiem, dyskusyjna sprawa. Zresztą nie trzeba być szczególnie bystrym żeby być mądrym. Inteligencja to zdolność wyłapywania wzorców, wiedza to zasób posiadanych informacji a mądrość to wypadkowa powyższych.

To może choćby wprowadzić jakieś proste testy z wiedzy na temat elementarnych mechanizmów, na których opiera się działanie państwa. W zasadzie to by było nawet lepsze od testów na inteligencję. Kilkanaście pytań z makroekonomii, prawa i ekonomiki z miejsca odsiałoby od wyborów najbardziej beznadziejne przypadki nie godząc przy tym w podstawy demokracji. Inna sprawa – mój cyniczny realizm podpowiada mi, że być może nawet większość… Ale może by to nie było takie złe?

Lubimy narzekać jakich beznadziejnych mamy polityków tymczasem brutalna prawda jest taka, że każde państwo ma takich polityków na jakich zasługuje jego społeczeństwo – teraz prawo wyborcze ma każdy, kto jakimś cudem nie nabawił się fatalnej marskości wątroby w liceum a skutek jest tego taki, że jedni obiecują mocny social i kolejną iterację Przenajświętszej, drudzy bujają się na tym, że nie są tymi pierwszymi, na boku gaworzą sobie coś pod nosem relikty, które dawno powinny trafić do czerwonego muzeum (a najlepiej gnić w pierdlu), do tego mamy bandę wąsatych Jagien lecących na tego, kto ma akurat więcej szabel a gdzieś w tle chędoży się zgraja, której największym problemem jest określenia własnej orientacji seksualnej.

Już widzę jak bardzo na rękę tej wesołej ferajnie jest dobrze poinformowany, wyedukowany i świadomy mechaniki społecznej i ekonomicznej wyborca. Mniej więc tak jak kapeli disco polo zlot punków. I żeby nie było – moim państwem-bohaterem jest Islandia. Społeczeństwo obywatelskie pełną parą, asertywność wobec banksterów i ludzcy politycy, właśnie z punkowym rodowodem – jak to jeden mądry koleś raz stwierdził, kto nie był buntownikiem za młodu będzie świnią na starość. Byle świnia miała w miarę niepuste koryto i nikt nie starał jej umyć to wieprz, zadowolony własną mizerią, będzie spokojnie chrumkał swoje gorzkie żale i posłusznie truchtał na wybory zagłosować na tego, kto obieca ładniej pomalować chlew.

Kremówką w Premierkę

Nadejszła wiekopomna chwila, oto niedawno premier Polski została Ewa Kopacz, będąc pierwszą kobietą w kraju piastującą to stanowisko. Względnie, premierką Polski została Ewa Kopacz, będąc pierwszą kobietą w kraju piastującą to stanowisko.

Premierką…

Od pewnego czasu da się zaobserwować wzmożoną aktywność feministek na każdym chyba polu, między innymi językowym. Tworzą więc sobie dziewczyny różne neologizmy mające zrównać płcie w nazewnictwie, pomstując na patriarchalny model języka, który stosuje nieustannie opresję względem lepszej płci poprzez odmawianie żeńskich form niektórych zawodów, sugerując, że kobiety nie powinny ich wykonywać. Jako przeciwwagę wprowadza się więc nowe formy, czasem ocierając się o komizm.

Mniejsza o wszystkie te pyskówki jakie się toczą wokół samego zagadnienia feminizmu szeroko pojętego. Mniejsza nawet o samą motywację tworzenia, często na siłę, żeńskich odmian zawodów (a w używaniu tychże przoduje chyba “Polityka”). Osobiście mam to wszystko gdzieś, jak przystało na wrażliwego społecznie osobnika. Co mnie śmieszy to właśnie takie słowa jak premierka, psycholożka, socjolożka i im podobne. A już do łez rozbawienia doprowadzają mnie ludzie, którzy próbują używać takich neologizmów z pełną powagą.

W sumie to dość ciekawa sprawa skoro słowa takie jak dziennikarka, lekarka czy kierowniczka gładko wpisują się w codzienne słownictwo podczas gdy pilotka wywoła jedynie uśmiech bo brzmi to w najlepszym przypadku jak zdrobnienie. Nie chcę wyjść na zrzędliwego nazistę językowego ale sami przyznacie, że jedne neologizmy jakoś bardziej “brzmią” podczas gdy wprowadzanie innych przypomina próbę użycia kremówki zamiast czopka.

Wspomniana premierka jest tu chyba najlepszym przykładem – równie dobrze można byłoby uzbroić Hello Kitty w różowe dildo (i to niezbyt imponujących rozmiarów) a puścić toto w miasto aby zbierało haracz dla mafii. Już widzę powagę w lewym oku restauratorów i przerażenie w prawym.

No chyba nie.

Chciałoby się skomentować tekstem w stylu “jakie czasy takie sufrażystki” ale sobie daruję, zamiast tego może się po ludzku postaram umówić na kawę z jakąś sympatyczną panią psycholog.

Internety umarły

Wczoraj wróciłem sobie beztrosko z pracy, rokoszując się myślą o rozpoczynającym się właśnie urlopie, który chciałem uczcić zakłócając ciszę swojego szałasu jakąś fajną piosenką, niestety jednak, ku mojemu przerażeniu i niedowierzaniu, okazało się, że internet mi zniknął. Ot tak, po prostu. Pomimo płacenia regularnie ciężkich pieniędzy, odejmowania sobie bez mała dwóch naprawdę sporych flaszek od ust miesiąc w miesiąc – internet bezczelnie się ulotnił wraz z moimi marzeniami i planami na życie.

Płacząc i złorzecząc na czym świat stoi zadzwoniłem do obsługi, następnego dnia panowie od providera zjawili się zaskakując mnie w koszmarnym bałaganie mojego mieszkania (serio nie spodziewałem się, że TP faktycznie się zjawi w ciągu 24 h, tak jak ostrzegała), sprawnie naprawili problem (monterzy kogoś podpinali dzień wcześniej i pomylili kabelki – ot, psikus taki) i poszli sobie pozostawiając mnie sam na sam ze sporym kamieniem, który spadł mi z serca na nieumytą podłogę.

Bilans więc nie najgorszy – paręnaście godzin bez stałego łącza, które sobie w międzyczasie zastąpiłem andkową wifidajką – nic się nie stało, Polaku. Niemniej jednak sam fakt, jak serce podeszło mi do gardła kiedy zobaczyłem martwą diodę synchronizacji na routerze, sporo mówi o moim, uzależnieniu od technologii, życiu. I myślę, że nie tylko moim. Pewnie nie przesadzę pisząc, że każdy zdrowy osobnik w tym kraju i krajach ościennych na samą myśl o odłączeniu od matrixa dostaje gęsiej skórki, grypy żołądkowej, zapalenia opon mózgowych, impotencji i wysypki na paznokciach.

Żeby było zabawniej to byłem już swego czasu odcięty od internetu na parę miesięcy (właściciele mieszkania trochę przekombinowali) więc teoretycznie powinienem być uodporniony na zespół odstawienia – tym bardziej, że wspominam czas odłączenia jako niesamowity wręcz okres erupcji twórczości (nadrobiłem z gitarą, że hej, książkę pierwszą zacząłem wtedy też pisać) oraz indukowanego ekstrawertyzmu, który objawił się wspaniale pijanymi weekendami, otwarciem na nowych znajomych a nawet przygruchania sobie całkiem zacnej kobiety. Rzecz jasna są to wspomnienia przefiltrowane przez grubą szmatę czasu (tak wiejskie baby filtrują mleko z bakterii) a w rzeczywistości zapewne telepałem się w drgawkach, szarpiąc struny ręką drżącą w delirium, bazgrząc coś jak kura pazurem byle zabić upływające powoli minuty, upijając się z rozpaczy przy każdej okazji, nie tylko z chęci zapomnienia o parszywym losie ale i z faktu, że na trzeźwo z tymi ludźmi i tak by się nie dało wytrzymać, a kobieta ostatecznie i tak okazała się tradycyjnie złą być. To wszystko jednak (a może właśnie to) nie pozwoliło mi rozradować serca perspektywą powtórzenia się znanego już wybuchu twórczości a chwilowy brak internetu zmroził we mnie wszystkie ciepłe uczucia. Których zresztą i tak nie mam wielu.

Naszła mnie smutna refleksja – te kilka godzin bez neta okazały się być ciężkie – nawet nie chodzi o to, że trzeba się było trzeba zająć czymś innym niż ściąganie na terabajty porno z zuluskimi karlicami, i to i to bym sobie przyswajał niemrawo sztukę czytania oglądając obrazki w książkach, oswajając się przy tym z literkami – sama świadomość trochę ograniczonego (!) dostępu do świata była jakaś taka nieswoja, niepokojąca, drążąca lodowym wiertłem wnętrzności. Ręka w górę – kto by się nie sfajdał ze strachu lądując z dnia na dzień w miejscu bez dostępu do neta?

A teraz sobie wyobraźcie co by było, gdybyśmy oberwali jakąś szczególnie epicką falą wiatru słonecznego, falą elektromagnetyczną z bomby atomowej albo czymkolwiek innym skutecznie niszczącym infrastrukturę teleinformatyczną – rozmiary chaosu i rozlewu krwi przekroczyłby zapewne rozmiary armagedonu wywołanego przez hipotetyczne zejście demonów niebios, pozbawiających ludzi umiejętności kłamania. Totalna apokalipsa, paraliż obracający się w zagładę, kochankowie stający przeciwko sobie w śmiertelnych pojedynkach, cywilizacja grzebiąca się we własnym grobie rękami swoich pogubionych dzieci.

Jeszcze dziesięć lat temu ludzie obywali się jakoś bez internetu w komórce, piętnaście lat temu – nawet bez samej komórki. Ba, bez komputerów w ogóle, wcześniej bez kuchenek mikrofalowych, bez lodówek i tak dalej. Im dalej w las tym bardziej uzależnieni robimy się od własnych narzędzi, które de facto stają się naszymi protezami – po co komu analogowa ręka jak może mieć wypasiony iHand, gorzej jak padną baterie. Konia z rzędem temu, kto by potrafił dziś przeżyć bez techniki. Nie mówię tu nawet o takich sprawach jak zrzut w miejsce bez cywilizacji, zapałek i sklepów z przetworami rybnymi. Chodzi mi o tak proste rzeczy jak sprawdzenie drogi, umówienie się z kimś, sprawdzenia jakichś banalnych spraw typu umiejscowienie miejsca sinawego w pniu mózgu albo tym podobne. Inna sprawa, że na darowanego konia z rzędem i tak byśmy nie potrafili już wsiąść bez uprzedniego treningu przez hippo-coacha, nie wspominam o takim bez siodła.

Co najgorsze – nie ma chyba sposobu żeby się skutecznie wygrzebać z hipotetycznej a powszechnej zagłady. Nikt z nas nie potrafiłby zrobić nawet najprostszej rzeczy, na jakich istnienie nawet nie zwracamy uwagi albo nie zawracamy sobie w ogóle głowy ich produkcją. Głupi ołówek – potrzebny jest ktoś, kto się zna na obróbce drewna, potrzebny jest ktoś, kto się zna na samym ścinaniu drzew, na transporcie, na wydobyciu węgla, na przetworzeniu itd itp etc. Dosłownie – na tej planecie nie ma ani jednej osoby, która potrafiłaby zrobić głupi ołówek. W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy debilami korzystającymi cały czas z rzeczy, których funkcjonowanie zupełnie nie ogarniamy.

Oglądałem jakiś czas temu skecz traktujący właśnie o kwestii wyspecjalizowania zawodów – padło w nim takie pytanie: jeśli zrzucę cię na bezludną wyspę to ile czasu zajmie ci wysłanie do mnie maila?

Cóż, pozostaje mieć nadzieje, że nic w nas nie pierdyknie. Oraz, paradoksalnie w tym kontekście, dotować naukowców żeby opracowali rzeczy nie do zepsucia. Takie maksymalnie idiotoodporne.

Lenistwo

Tak właśnie, lenistwo. Czy raczej prokrastynacja w przypadku tego wpisu konkretnie. Wszyscy znamy, wszyscy stosujemy, wszyscy lubimy na swój perwersyjny sposób. Na ten temat wylano już mnóstwo tekstu, czasem nawet sensownego, najczęściej niekoniecznie. Wszyscy z tym walczymy równie heroicznie jak rastaman, który jakimś zrządzeniem losu zarabia na ryż pracując w policji. W wydziale anytnakrotykowym. W sekcja walki z marihuaną. Niemożliwe? Pewnie nie ale to mój blog i mogę wygadywać dowolne głupoty. Dla świętego spokoju mogę napisać, że dziecię Jah wylądowało w policji, bo nie chciało mu się uciec przed łapanką uliczną. Albo było zbyt zjarane żeby ogarnąć co się świeci kiedy jacyś dziwni ludzie ubierali go w mundur i obcinali dready.

Tak czy inaczej, walka z lenistwem idzie nam właśnie jak temu ujaranemu gliniarzowi – wiemy, że wszyscy wokół mówią, że trzeba z tym walczyć. Sami nawet mówimy, że trzeba z tym walczyć. Czasem nawet z tym walczymy, zwłaszcza kiedy inni patrzą. A kiedy już dorwiemy dealera ciesząc się jak dziecko z własnej produktywności – zgarniamy cały towar i w nagrodę za własne osiągnięcia leżymy do góry brzuchem przez następne pół roku, upaleni jak świnie własnym tryumfem w walce z tym, co właśnie świętujemy poprzez uskutecznianie tego, z czym walczymy.

Wbrew pozorom jestem trzeźwy, gdyby ktoś pytał. Nad czym boleję. Mojemu dostawcy sarny wpierniczyły wszystkie krzaczki niedawno. Taki skutki hodowania zioła w lesie. A może to była jedna sarna? Zjadła krzaczka, złapało ja gastro więc zjadała następny? I tak potem kolejny. I tak aż do ostatniego? Taka wizja jednocześnie mnie przeraża i kręci, żeby nie powiedzieć, że jara bo tego słowa już dziś sporo nadużyłem.

Wracając jednak do mocno dotąd rozmytego meritum – może by tak poruszyć kwestię, od której powinienem zacząć – czy da się termin prokrastynacja używać zamiennie z terminem lenistwo? W zasadzie jedno i drugie to przejawy tego samego zjawiska, niemniej jest pewna różnica. Otwarcie przyznając się do lenistwa pozbawiamy siebie i innych choćby pozrów dążenia do twórczego, produktywnego życia. Prokrastynacja jest na tym tle zjawiskiem jednocześnie łagodniejszym i w cholerę bardziej niebezpiecznym. Wmawiamy sobie, że coś zrobimy jutro a póki co musimy np. obejrzeć jeszcze jedno fail compilation (albo win compilation dla stwarzania pozorów automotywacji) a i tak nic nie czynimy. Skutek otwartego lenistwa oraz odkładania na później jest więc w zasadzie identyczny – siedzimy i produkujemy jedynie dwutlenek węgla. Z tym, że o ile regularne lenistwo, objawiające się przeświadczeniem, że czegoś nie zrobimy i ch..j jest jakby zdrowsze bo pozbawione wszelkich wyrzutów sumienia i zakłócających spokój duszy ambicji. Natomiast jechanie na biegu „mańana” – jestem boski, ogarnę to, jutro, czy tam w ogóle w przyszłości – nie dość, że jest w istocie równie pozbawione wszelkich przejawów wydajności życiowej, to do tego jeszcze tworzy w naszych głowach narkotyczną ułudę, że jednak nie jesteśmy tak leniwi jak jesteśmy. Dodatkowo, perspektywa, że jednak kiedyś ruszymy tyłek żeby uczynić światu cokolwiek dobrego, zatruwa nasz umysł, nie pozwalając w pełni cieszyć się bezruchem, umniejszając rozmiary maksymalnego relaksu, jaki dałoby się osiągnąć pozbawiwszy się ambicji – a wręcz nas taka perspektywa hipotetycznej użyteczności stresuje, męczymy się więc nie robiąc nic.

Oba te czynniki do kupy tylko pogłębiają stan doskonałej nieważkości operatywnej, zniechęcając do poruszenia nieba i ziemi, a przynajmniej własnej osoby (przy odpowiednim zapamiętaniu we wpierniczaniu czekolady możemy faktycznie poruszyć ziemię, wywołując lokalne wstrząsy sejsmiczne) do zrobienia CZEGOŚ. Przy takim zestawie człowiek nie zostanie nawet mistrzem świata w opierniczaniu się.

Remedium? Jedno jest najskuteczniejsze, kula w łeb – nigdy więcej wyrzutów sumienia, rachunków za internet a dodatkowo w końcu można się wyspać. Dla ludzi, którzy uznają takie środki zaradcze za zbyt bezkompromisowe – można pójść na sadystyczną łatwiznę i zmuszać się codziennie do zrobienia czegokolwiek konstruktywnego. Choćby jednej, najmniejszej rzeczy. Nawet jeśli miało by to być umycie naczyń, zawiązanie sznurówki cobyśmy się nie wywalili prosto pod szynobus albo napisanie w końcu pracy dyplomowej, którą ostatecznie trzeba jutro oddać. W końcu wejdzie nam w nawyk robienie czegokolwiek.

(Z autopsji powiem też, że niesamowicie skutecznym środkiem jest głód – na którymś roku studiów miałem zaległości z paru laborek takie, że ze zdenerwowanie niemal nie mogłem ruszyć drugiej pizzy. No dobra, drugiej marchewki, w końcu to studia były. W końcu znalazłem na siebie sposób – starczyło robić zakupu z dnia na dzień tak, żeby rano nie mieć niczego w lodówce i zakodować sobie, że nie ruszę tyłka do sklepu póki nie zrobię kolejnej laborki. Okazało się to nad wyraz skuteczne, nawet jeśli nico szalone (na moje – szalenie racjonalne), …a do tego wylaszczyłem się.)

Co zrobiłem dziś aby zwalczyć w sobie wewnętrznego lenia? Polałem trochę wody na blogu. I mam fajrant. A Ty?

Sekrety legendy

Wczoraj, to jest trzydziestego września roku pańskiego dwa tysiące czternastego, wskrzeszony został z fizycznego niebytu legendarny Secret Service. Nieco starsi czytelnicy zapewne znają, młodsi być może słyszeli – przynajmniej ci, którzy przez społeczeństwo określani są mianem geeków: faceci, którzy częściej ściskają joystick zamiast się masturbować oraz ich żeńskie odpowiedniki, które też nie mają co liczyć na dziki seks z przystojnym ogierem.

Tak, tak, tak, wiem, stereotypowe, krzywdzące, denne i tak dalej w ten deseń. Niemniej sam się poniekąd do tego grona zaliczam więc mogę po sobie jechać żeby pokazać jaki to ja nie jestem niesamowicie zdystansowany dobrowolnie stawiając się w aspołecznym świetle o widmie naznaczonym ascezą seksualną.

Wracając jednak do czasopisma, dzisiaj, to jest dzień po (ponownym) pojawieniu się periodyku, radośnie wybiegłem z pracy i popędziłem do najbliższej świątyni komercji swoim srebrzystym rydwanem ze zwalonym ABSem po kilka drobiazgów, między innymi właśnie po reinkarnację SS (proszę nie kojarzyć skrótu z nazistami, chrzanieni popaprańcy), którą to mędrcy internetu przepowiadali już od dawna. Dotarłszy do miejsca wymiany itemów nieco się jednak zdziwiłem, gdy w pierwszym napotkanym kiosku zostałem wyśmiany, kiedy rzuciłem hasłem „Secret Service”.

Wszystkie wczoraj wyprzedane – rzuciła z uśmiechem dziewczyna za ladą. Aha, no to fajnie. Wieża, coś czuję, że mamy problem. I faktycznie mieliśmy, mój skarbie. Ganiałem potem po kolejnych poziomach galerii, od kiosku do kiosku, próbując w każdym znaleźć baśniowe czasopismo, jednak wszędzie dostawałem zamiast tego od sprzedawców jedynie smutny wyraz zrozumienia. Z tego wszystkiego zapomniałem po drodze kupić mleka.

A tak na marginesie – wie ktoś, gdzie w Katowicach można dostać chmeli suneli?

Kontynuując quest – w końcu dopadłem do niepozornego kolportera, stojącego gdzieś na uboczu, przy głównym wejściu, gdzie w końcu dostałem to, czego szukałem. Trafiłem na jeden z ostatnich egzemplarzy, jak udało mi się dowiedzieć od skądinąd całkiem sympatycznej, rudej ekspedientki (niezły oksymoron, co?).

Nakład pisma to około 50 000 egzemplarzy – i to wszystko dosłownie wyparowało w przeciągu półtora doby od wydrukowania. Nieźle, co? Fakt faktem, że wszystko to wykupili ludzie podobni do mnie czyli tacy, dla których Secret Service było takim samem elementem wczesnych lat życia jak Edyta Bartosiewicz czy Renata Przemyk dla melomanów wspominających lata 90. Czar młodości – jeżeli nie dzieciństwa.

Wracają do domu poprzez zakorkowane miasto, w atmosferze spalin i pełnych zrozumienia i troski o bliźniego klaksonach, rozmyślałem nieco nad analogiami między tym wybuchem konsumenckiego entuzjazmu a starą muzyką właśnie, zresztą nie tylko muzyką ale w ogóle wszystkim, co stare. Trochę nie zazdroszczę redaktorom SS, poza konkurencją będą musieli zmierzyć się z czymś o wiele bardziej potężnym i bezlitosnym – własną legendą. Tak samo jak Bartosiewicz wydająca nową płytę czy Sapkowski nowego Wiedźmina, tak twórcy SS (prosiłem, odwalcie się, naziole) muszą sprostać czemuś, czemu chyba nie da się sprostać – podszytej emocjami pamięci, która zawsze wszystko idealizuje. Mogłeś za smarkacza dostawać codziennie wciory od większych kolegów w podstawówce, nienawidząc jej przez to wtedy, ale po latach zawsze będziesz wspominał szkołę jako czas beztroski. Mogłaś za siksy wyjeżdżać na wakacje do babci na wieś, gdzie zbierało ci się na wymioty od fetoru obornika i kurzego gówna, które wiecznie zmazywałaś ze stóp, ale po latach będziesz opowiadać o wspaniałych, letnich miesiącach skąpanych w słońcu i zapachu zboża.

Ciągnąc się niemiłosiernie za jakimś Porshe, czując w ustach niemal fizycznie ironię ulatniającą się z rury wydechowej sportowego samochodu toczącego się metr po metrze przez miasto, rozmyślałem sobie dalej o takich oczywistościach jak popularność programów nadających szeroko pojętą klasykę, czyli po prostu to, co leciało w radiu kiedy dzisiejsi czterdziesto, pięćdziesięciolatkowie mieli kilkanaście lat. Żeby nieco przytłumić smak ironii w ustach wpuściłem przed siebie jakiegoś ociężałego vana, lepiej się wpisującego w klimat zakorkowanych w popołudniowym szczycie ulic. Oczywiście każdy senior stwierdzi, że to co dziś leci w radiu to totalny chłam, i pewnie będzie miał sporo racji, niemniej daję głowę, że za trzydzieści lat dzisiejsi gimnazjaliści powiedzą to samo o przyszłej muzyce, za najlepszą na świecie i jedyną prawdziwą będę uznawać jedynie to, czego sami słuchali za młodu. Oczami wyobraźni widzę mocno utyłą panią z kilkoma dekadami życia na karku i biustem mierzonym nie w miseczkach a workach, która radośnie podryguje na autobusowym siedzeniu w rytm bejbowania Justina Biebera, łypiąca jednocześnie karcącym wzrokiem na patrzącą na nią spode łba młodzież. Czego się tak gapią, gówniarze? Badziewia jakiegoś słuchają, niewychowani smarkacze. Stój, młody jesteś, przecież nie będę sobie brudziła toreb. I nie pyskuj młody, trochę, kurwa, kultury! O ironio. A swoją drogą – to co brałem za gorzki smak ironii w ustach okazało się być zwykłym kapciem spowodowanym wypiciem w ciągu dnia zbyt małej ilości płynów bogatych w kofeinę.

Grzebanie w legendach to trochę rocket-science. Wszyscy mamy jakieś tam wyobrażenie o tym co było a próba majstrowania przy baśni, nawet, albo zwłaszcza przez jej twórców, pociąga za sobą stuprocentowe niemal ryzyko, że coś wybuchnie. Stąd przykładowo gromy na wspomnianego Sapkowskiego za „Sezon burz”. Wiedźmin to świętość, tego nie ruszaj. Kij, że to twoje – w sumie to już nie. Teraz to nasze. Wszystko co zostało stworzone w naszej młodości jest najlepsze, nie grzeb, nie krytykuj, nie dyskutuj. Zostaw jak jest. Jesteś legendą ale nie gadaj za wiele żeby nie psuć nam obrazu.

A dzisiejsza młodzież zawsze jest gorsza. Zawsze.

Cóż, wróciłem w swoje cztery ściany i czas zmierzyć się z własną, wyidealizowaną przeszłością w jakimś odpowiednim ku temu miejscu, sprzyjającym skupieniu i relaksowi. Dobrze, że nie zapomniałem kupić papieru toaletowego.

Gówno-TV

Nie oglądam telewizji. Nie posiadam telewizora. Nie widziałem nigdy potrzeby zaopatrzenia się w takowy sprzęt – co zresztą spotkało się niedawno z wywołaniem u mojej babci ostrego zespołu załamywania rąk i obracania oczu ku niebu.

Jak to tak, bez telewizora? Co Ty robisz całymi dniami? Dziwowała się biedna, wyraźnie zdezorientowana faktem, że w czyimś mieszkaniu może nie stać (dość)nowoczesny ołtarzyk, z którego spływa do odbiory “M jak miłość” i najprawdziwsza prawda o świecie, objawiona wraz ze słowami któregoś z zastępu prezenterów.
Gdyby moje serce nie pełniło jedynie funkcji pompy ssąco-tłoczącej zapewne postarałbym się jakoś babcię uspokoić mówiąc, że telewizor już w drodze i niebawem powieszę go na ścianie tak, aby ten rozświetlał mroki mojego mieszkania jak najefektywniej. Niestety, serce moje pozbawione jest alegorycznych funkcji przechowywania miłości i empatii więc jedynie burknąłem coś pod nosem niewyraźnie, wskazując tymże na pękającą w szwach biblioteczkę. Moja stanowcza reakcja nie spotkała się jednak ze zrozumieniem więc wysłuchiwałem jeszcze przez chwilę troskliwej tyrady na temat mojego niechybnego nieprzystosowania społecznego zanim moja lokalna prarodzicielka przeszła do sprawy brakującego piekarnika. Nawiasem mówiąc, nie wiem jak, ale jakimś cudem babci udało się w kwestię brakującego mi telewizora zręcznie wpleść również sprawę brakującej mi żony. Rzecz jasna, funkcjonalność mojej kuchni stała się jeszcze lepszym pretekstem do podniesienia problemu mojej żony, czy raczej jej braku. Czyli na moje – brakiem problemu, ale o tym może innym razem.

Tak czy inaczej, kiedy babuchna zaczęła roztrząsać sprawy kulinarno-matrymonialne, uznałem, że kwestią telewizora i telewizji generalnie mamy już dokładnie przedyskutowaną i nie zaprzątałem sobie nią głowy przez następnych kilka miesięcy. To jest – aż do dziś.

Dziś to bowiem, ciężko harując na chwałę i siłę naszej kapitalistycznej Ojczyzny, kolega rzucił pytaniem, czy oglądaliśmy sobotni X-Talent, X-Factor, Talent z gwiazdami, czy coś w ten deseń. Zajęty intensywnym audytem firmowych łączy internetowych zupełnie olałem udzielanie odpowiedzi, niemniej kilku innych współpracowników żywotnie zainteresowało się tematem. Ucieszony ciekawością otoczenia kolega puścił z YT zapis tego widowiska, na którym to jakiś facet wyszedł na scenę ze świnią na smyczy, pogadał chwilę, dał prosiakowi wafelka i zebrał się do wyjścia, nim jednak wyszedł na dobre świnia zdążyła się spektakularnie zesrać na środku sceny i jeszcze podlać uryną kwiatki, niestety nieistniejące na scenie (co za niewychowany wieprz! …oh, wait). Jak się okazało – gówno pozostawione na scenie przez zwierzaka wywołało wśród publiczności niesamowitą radość – zarówno tej w studio jak i przed ekranem laptopa. Koleś, którego wysłano aby posprzątał fekalia jedynie spotęgował ogólnonarodową wesołość malowniczo wywracając się na owym, mocno już przetworzonym, prosiakowym obiedzie, ku uciesze tak kolegów jak i mordek w TV.

Przyglądałem się temu wszystkiemu z wielkim “ojej, poważnie, to leci w programie z milionową widownią?” w jednym oku oraz “ojej, to naprawdę was, ojej, śmieszy?” w drugim. Przy czym “ojej” jest tutaj mocno zmiękczoną formą mojej dezaprobaty, którą oryginalnie wyraziłem we właściwy sobie, mocno nieparlamentarny sposób, będący również żywym przykładem piękna polszczyzny, objawiającego się tu konkretnie w elastyczności budowania kolejnych pięter wulgaryzmów, ograniczonej w zasadzie jedynie kreatywnością użytkownika. A tej, zdarza się, wcale mi nie brakuje.

Małe podsumowanie – ludzie śmieją się z gówna. Dosłownie. Pal licho mityczne społeczeństwo, które uważane jest za bandę idiotów – przez społeczeństwo właśnie. Nie przytoczę teraz konkretnych badań niemniej pamiętam, że naukowcy skądś tam (pewnie z USA) wykazali w jakimś sondażu, iż większość społeczeństwa uważa większość społeczeństwa za baranów. Cóż za samokrytyka. Nie mam żadnych złudzeń, że zamierzona.

Co mnie martwi to to, że chłopaki z pracy – było nie było – ogarnięci, ułożeni, wykształceni ludzie, chromolona śmietanka społeczeństwa, nieźle zarabiający target większość kampanii reklamowych, śmieją się dosłownie z gówna.

Żeby nie było, sam nie mam jakoś szczególnie finezyjnego poczucia humoru, śmieję się z dowcipów o martwych niemowlakach, dewiantach różnego typu i kalibru oraz żarów powszechnie uważanych za politycznie niepoprawne – delikatnie ujmując. Tutaj wypadałoby dodać, że ciężko mnie nazwać osobą nietolerancyjną, wręcz przeciwnie, jestem bardzo tolerancyjnym człowiekiem. Nienawidzę wszystkich tak samo.

Niemniej – roję sobie, że istnieje pewna różnica pomiędzy absurdalnym z definicji, ciężkim humorem a boleśnie dosłownym w treści i formie gównem na scenie. No i bądź tu teraz mądry człowieku, staraj się dalej wmawiać sobie, że telewizja to badziewie samo w sobie i dla siebie, egzystujące gdzieś na peryferiach normalnego świata, trochę w oderwaniu od niego, nie będące odbiciem preferencji ogółu a jedynie jakichś mniejszych, nieszczególnie wymagających grup. To jak z noszeniem prezerwatywy w portfelu – masz nadzieję ale w końcu stwierdzasz, że nie ma co się oszukiwać.

Na co ludzie lubią patrzeć najbardziej? Ano na ludzi głupszych od siebie i rzeczy, których sami by nie zrobili w prawdziwym życiu bo są zbyt durne, poniżej ich poziomu. Stąd powodzenie takich programów jak na przykład Warsaw Shore – internetowi mogą wylewać wiadra pomyj na głowy uczestników we kwejkach, komentarzach, demotach itd ale twórców to nie obchodzi. Obchodzi ich, że ludzie o programie mówią, co za tym idzie więcej ludzi obejrzy program, z reklam w przerwach programu popłynie więcej pieniędzy. Oczywiście, można byłoby nakręcić jakiś ambitny program skłaniający do głębszego przemyślenia sprawy, tyle, że to nie da tyle rozgłosu. Głupota i seks – to się zawsze sprzedawało najlepiej (a kombo obu powyższych to już turbo-ultra-mega-ekstra hit), choć nie tylko w TV, bądźmy sprawiedliwi. Brutalnie proste. Oczywiście samo gówno też nieźle ma się w rankingu maszynek do robienia pieniędzy, czasem mniej, czasem bardziej alegoryczne, ale zawsze gówno.

Zdaję sobie sprawę, że to być może krzywdzące uogólnienie, wszak istnieje wiele wartościowych programów (pierwsze skojarzenie – programy przyrodnicze na BBC, ci to mogli by nakręcić program o formach życia rozwijających się w mojej lodówce i też bym oglądał z zapartym tchem) niemniej kiedy człowiek widzi co się serwuje w ramówce coraz bardziej absurdalna wydaje się idea spędzania jakiegokolwiek czasu przed telewizorem. A tym bardziej opłacania abonamentu (za gówno), który rządzący chcą wtłoczyć w podatki (przy biernej akceptacji społeczeństwa) – bez wyjątku dla każdego. Ręce opadają, broda sama rzednie a łzy zalewają okulary.

Jestem jakiś dziwny, babcia miała rację? Może, ale wolę pozostać z daleka od wszelkiego telewizyjnego chłamu. Jeszcze coś mnie ochlapie – w czasem zawrotnego rozwoju technologii teleinformatycznych 3d może szybki iterować w formy raczące widza nie tylko wrażeniem przestrzennego obrazu ale też np. zapachem – 4d czyli 3d plus zapach gnoju ciągnący od Gwiazd śpiewających na lodzie (chyba nawet widziałem jakiś artykuł na ten temat na którymś ze znerdziałych serwisów).

Spełnienie pretensji babci, kupno telewizora? Dziękuję, postoję. Za tych pare stów (minimum) mogę sobie kupić tyle książek, że nie starczy mi zimowych wieczorów na przeczytanie wszystkich. Martwię się tylko o biblioteczkę.